Wieszcz

Duch i materia

Do Redaktora „Light”

Szanowny Panie, – Odpowiedź „B. A.” z zeszłotygodniowego numeru „Light” jest pouczająca jako przykład tej cechy usposobienia, która jest wspólna większości pism antyokultystycznych. Podobnie pouczająca jest jego spokojna pewność, że jego list dostarcza nam dowodu, iż „kompetentna osoba” po raz pierwszy stanęła do walki przeciwko okultyzmowi. Być może jednak w szeregach studentów teozofii i hermetyzmu znajdą się jeszcze bardziej „kompetentne osoby” – horresco referens. Jednak okultyści byli dotąd zwycięscy w swojej wojnie dialektycznej; należy więc mieć nadzieję, że nawet ten nowy Achilles ma piętę achillesową.

Naprawdę trudno mi uchwycić dokładny sens zastrzeżeń „B. A.”. Czy zechciałby sformułować swoje przesłanki bardziej precyzyjnie? Czytając ponownie jego pierwszy list, dostrzegam silne twierdzenie na rzecz ewolucji duchowej oraz sugestię możliwości, że ziemskie „Ego” człowieka może być jedynie stopniem pośrednim ku rzeczom wyższym. Ezoterycznie jest to prawdą, ponieważ – abstrahując od subiektywnego postępu ku „Dewachanowi” po śmierci i wynikającego stąd rozszerzenia sfery świadomości – ewolucja doskonałej indywidualności polega głównie na stopniowym gromadzeniu doświadczeń, czerpanych z rozmaitego zasobu, jaki dostarczają różne osobowości (mózgowe ego każdej fizycznej inkarnacji). Nie sposób jednak objaśnić naraz więcej niż jednej strony prawdy.

Ewolucja duchowa, o której on wspomina, jest – jak rozumiem – szeregiem postępów pośmiertnych. Czy może więc wyjaśnić nader niesprawiedliwy system „obciążania z góry” (handicapping), który zdaje się tu obowiązywać? Weźmy na przykład przypadek „nisko urodzonych” przestępców albo rzezimieszków ze wschodniego Londynu, pijaków itd. Astralne byty stale informują nas, że „niższe sfery” (Kama Loka) po śmierci fizycznej są zaludnione przez takie właśnie istoty. Cóż jednak uczyniła dana jednostka, by zasłużyć na długą pokutę w tej ponurej domenie? To środowisko ziemskie czyni ją tym, czym jest. To prawda, w określonych granicach człowiek jest panem samego siebie, lecz statystyka dowodzi, jak dalece jesteśmy istotami konieczności. Rodzimy się z określonym usposobieniem i w określonym środowisku. Co wyznacza te dwa czynniki, które z kolei wyznaczają przyszłość osoby „na dobre i na złe”? Czy można rozsądnie obciążyć człowieka z góry, a potem karać go za skutki wynikłe z tego obciążenia? Zdrowy rozsądek i sprawiedliwość mówią zgodnie: nie.

Jeśli człowiek o brutalnym usposobieniu po raz pierwszy zaczyna istnieć wraz z narodzinami ciała, dlaczego ma być dotknięty cierpieniem z powodu posiadania pewnych odrażających wad moralnych? Zostaje ukształtowany przez nieubłaganą dziedziczność – wcale nie tworzy samego siebie. W takim razie należy karać rodziców, nie potomstwo. To ich Frankenstein.

„B. A.” przyjmuje „noumenalną” rzeczywistość stojącą za zjawiskami. Woli jednak nazwać ten noumen „Duchem”, wyrażeniem pozbawionym znaczenia, chyba że = Czysty Podmiot, w terminologii metafizycznej. To znaczy, że Absolut przejawia się bezpośrednio w naszej świadomości jako pełny przedmiot, obok innych swych atrybutów. Jeżeli Duch jest bezpośrednim „noumenem”, proszę pomyśleć, do jakich wniosków jesteśmy prowadzeni. Warto zauważyć, że „B. A.” zobowiązuje się tu całkowicie do określonego stanowiska, ponieważ postulując zasadniczą tożsamość materii i ducha, głosi czysty panteizm – i to nie będąc tego świadomym!! Achilles ma jednak bardzo wrażliwą piętę.

Następnie zarzuca mi, że traktuję „noumen” materii jako samą materię, i z tego powodu atakuje moje stanowisko jako „przesądne i dziecinne”. Również okultyzm – dopóki utrzymuje takie stanowisko – „nigdy nie poleci się uczonemu i filozofowi ani też niewykształconemu zdrowemu rozsądkowi ludzkości”. Zobaczmy.

Gdyby, postulując obiektywny noumen, okultyzm uważał „substrat zjawisk” za wyposażony w rozciągłość, formę, barwę itd., byłby niewątpliwie w błędzie (choć obawiam się, że mimo „B. A.” ludzkość w ogóle mocno wierzy w obiektywną realność nawet świata fenomenalnego). W co on rzeczywiście wierzy, to w nieznaną obiektywną rzeczywistość, która stanowi podstawę całej ewolucji kosmicznej. Jest absolutnie pewne, że jakiś proces kosmiczny poprzedzał ewolucję istot postrzegających na tej planecie. Cała nauka tego dowodzi. A postulując istnienie tej nieznanej obiektywności, okultyzm pozostaje w zupełnej zgodzie z naszymi największymi nowożytnymi myślicielami – Herbertem Spencerem, Lewesem, Tyndallem itd., itd. Takie było również credo Locke’a, Kanta i innych podobnych „dziecinnych przesądowców”. Okultyści są więc, delikatnie mówiąc, w doborowym towarzystwie.

Zwrócę mu także uwagę na fakt, że żaden system, który uznaje świadomość za niezależną od materii, nie może być nazwany materialistycznym. Tego właśnie uczy psychologia naukowa, z którą „B. A.” zdaje się nie być obeznany. Mogę też dodać, że materializm jest doktryną, która sprowadza istnienie do trójcy: materii, siły i prawa. To wszystko jest konieczne dla zachowania jasności myśli w tej dyskusji.

Znowu zauważalna jest inna konfuzja – tym razem przypadek „logomachii”. Oczywiście, jeśli „B. A.” materialistycznie definiuje ducha jako = ciało astralne, to duch jest postrzegalny codziennie i co godzinę. Ale „postać duchowa”, czyli ciało astralne, jest tak samo materialna jak forma fizyczna, z tą tylko różnicą, że składa się z materii istniejącej w stanie zwykle nadzmysłowym. Gdyby „B. A.” był metafizykiem, wiedziałby, że przez ducha rozumie się „podmiot świadomości, czyli świadomość w abstrakcji” – w tym sensie, w jakim Śankara używa sanskryckiego odpowiednika. Mówić o „postrzeganiu” świadomości jest oczywistym nonsensem.

„B. A.” ma jednak rację, atakując europejski panteizm – własne credo, choć sam o tym nie wie – w kwestii dobra i zła. Doktryna ta utożsamia ducha i materię – Boga i wszechświat. W takim razie całe zło musiałoby być dziełem Boga. Lecz okultyzm wschodni traktuje materię nie jako złudzenie zmysłów bezpośrednio ustanowione przez („Ducha Boskiego”) Nieświadomego, lecz raczej jako „koło w kole”, tj. jako istnienie czysto fenomenalne, którego noumenalną podstawą nie jest sam Absolut, lecz Jego pierwotna manifestacja manwantaryczna jako Mulaprakriti – „nieznana obiektywna rzeczywistość” Spencera. Podstawa ta sama istnieje jedynie w trakcie cyklu wszechświata, tak że Absolut stoi ponad i poza nawet pozornym i fenomenalnym złem. To piękna cecha panteizmu wschodniego.

Wszystko w Kosmosie musi mieć swoją raison d’être, chyba że teista chciałby podważyć mądrość Boga, a panteista – mądrość swego Absolutu, Parabrahmana lub Nieświadomego. Jeśli natura rzeczy nie jest radykalnie wadliwa, również Zło musi mieć swoje uzasadnienie. Znajduje je w Karmie. Jaki system, poza teozofią, wyjaśnia pochodzenie zła w „najlepszym z możliwych światów”? To prawda: zło jest względne wobec wrażliwości i potrzeb społecznych, ale stanowi rzeczywistość w warunkach czasu i przestrzeni.

Czy „B. A.”, jako teista, może zarzucić panteizmowi, że gdyby „Nieświadome” było wszechmądre, zło zostałoby natychmiast wykorzenione? Pozornie niesprawiedliwe zło jest w jednym ze swych aspektów określonym rezultatem karmicznym. Lecz wobec teizmu odrzucającego karmę słowa J. S. Milla, że Bóg nie może być zarazem Wszechdobry i Wszechmogący, mają przecież większą siłę niż wobec okultyzmu. – Z poważaniem,
E. D. Fawcett.

źrodło: Spirit and Matter; LIGHT – Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, June 11, 1887.


Opublikowano

w

przez