Wstęp do materiału: Artykuł „The Jesting Spirits” to wnikliwa analiza zjawiska poltergeista autorstwa H. F. Prevosta Battersby’ego, omawiająca poglądy Sacheverella Sitwella. Tekst porusza kwestie natury zjawisk paranormalnych, ich możliwych źródeł oraz historycznych przypadków, łącząc elementy parapsychologii, okultyzmu i badań nad duchami. Idealny dla osób zainteresowanych tajemnicami nadprzyrodzonego świata i historią badań nad poltergeistami.
Poglądy pana Sacheverella Sitwella na problem poltergeista
Recenzja: H. F. Prevost Battersby
Praca o poltergeistach jest bardzo mile widziana, jakkolwiek niewiele może wnieść do naszego zrozumienia przedsięwzięcia, które wielu osobom jest nieznane, przez jeszcze większą liczbę ludzi wyśmiewane jako urojenie łowców duchów, a co do którego nawet jego badacze wydają się pozostawać w całkowitej niezgodzie.
Taki temat mógł z pewnością liczyć na życzliwe potraktowanie przez pana Sacheverella Sitwella, ponieważ dostarcza cennego materiału nawet wtedy, gdy ogląda się go przez pryzmat jego poetyckich nastrojów; i choć można być skłonnym odrzucić niektóre z jego teorii, nie dzieje się to częściej, niż on sam je odrzuca. Atmosfera poltergeistyczna jest bowiem pajęczynową plątaniną, a jej zawiłości są takie, że wnioski narzucające się po dwudziestu przykładach zostają uznane za niewystarczające przez następny rozpatrywany przypadek.
Choć zwodnicza niedorzeczność poltergeista może być głównym źródłem jego atrakcyjności, zrozumienie jego możliwości zdawałoby się oferować klucz do rozmaitych zjawisk psychicznych i biologicznych, które wymagają wyjaśnienia.
Najpilniej dyskutowaną kwestią jest źródło jego energii dynamicznej. Czy poltergeist jest odrębną istotą, bytem jakiegoś podludzkiego rzędu, a może nawet odrzuconym fragmentem człowieczeństwa? Czy też jest wyrazem „nad-jaźni”, tej części naszej duchowej budowy, która – według hawajskich kahunów – nigdy nie zostaje całkowicie wcielona w naszą fizyczną powłokę?
Na poparcie tej drugiej teorii podkreśla się częstą bliskość osoby dorastającej, jednej lub drugiej płci, wobec obszaru objętego zjawiskami. Nie można jednak całkowicie na tym polegać, ponieważ w przypadkach takich jak Willington Mill, gdzie manifestacje trwały przez dwanaście lat, jak ujmuje to pan Sitwell: „medium brakuje. Nie ma nikogo, komu można by przypisać winę”.
W innych przypadkach, gdzie przypisanie wydaje się łatwe, a medium oczywiste, wciąż pozostaje coś do wyjaśnienia.
Esther Cox, która puchła jak nadmuchany pęcherz, mogła spowodować własne osobiste oszpecenie, a nawet przemienienie samej siebie w poduszeczkę na szpilki, lecz trudno przypuszczać, by bez pomocy mogła wywołać głośne trzaski podobne do grzmotów pod swoim łóżkiem, które wstrząsały całym pokojem, albo całodzienne łomotanie w dach, słyszalne z odległości dwustu jardów.
Dziewczyna w tym przypadku, jak w wielu innych, mogła być narzędziem, ale nie przyczyną przedstawienia; i tutaj, jak często gdzie indziej, ujawniała się energia większa niż ludzka.
Pan Sitwell mówi o poltergeiście jako o „manifestacji podświadomości”, lecz wydaje się to nadmiernie obciążać hipotezę już i tak przeciążoną. I doprawdy, gdy nie ma sporu co do tego, że za sprawą tej dziwnej siły meble były unoszone pod sufit, ciskane po pokoju, a cały dom trząsł się od góry do dołu, sugestia, że „co do lewitacji przedmiotów, wiele sukcesów – to oczywiste – można by osiągnąć przy pomocy kawałka czarnej nici”, brzmi raczej jak antyklimaks.
A nawet jeśli tak było? Nas interesują dokonania, których w ten sposób nie dałoby się osiągnąć – a tak z pewnością jest w przypadku wszystkich charakterystycznych wyczynów poltergeista. Istnieje bowiem ustalony repertuar, który nosi na sobie piętno poltergeistyczne.
Osobliwy, powolny, zakrzywiony albo spiralny lot przedmiotów w powietrzu; zmienna siła ich uderzenia; ukrycie punktu, z którego startują; przenikanie przez materię stałą; rozgrzana powierzchnia; odgłosy – od inteligentnych stuknięć, wyć i gwizdów aż po trzaski grzmotu. Rozmaite odmiany nieprzyjemnych praktycznych żartów oraz poważniejsze rodzaje szkód.
Te rzeczy zdają się być łatwo dostępne poltergeistowi, a pan Sitwell mówi nam: „Teoria głosi, że owe manifestacje mają swoje centrum energii w osobie dziecka, które je wykonuje, świadomie lub nieświadomie, obdarzone na pewien czas czymś zbliżonym do przestępczej przebiegłości”.
To, że poltergeist może uzyskać od dzieci w pewnym wieku coś, co potrafi przekształcić jego skądinąd płynne zdolności w siłę uderzeniową – tak jak kryształ może zestalić nasycony roztwór – jest bardzo prawdopodobne. Liczne przykłady, niecytowane przez autora, dowodzą jednak, że dziecko nie jest niezbędne; a w jednym z przypadków, który on sam przytacza, zakłócenia poprzedziły przybycie młodej kobiety o kilka dni, co zdaje się nadmiernie rozciągać jej podświadomość.
ŹRÓDŁO MOCY
I choć pana Sitwella od czasu do czasu kusi urok łatwego rozwiązania, mówi on jednak o „niezwykle osobliwych siłach” i wspomina o „trzech lub czterech wielkich przypadkach w ciągu ostatnich trzech stuleci czegoś autentycznie rzadkiego i niewytłumaczalnego”. „Raz na stulecie” – powiada – „i być może nie częściej, rozsądnie jest oczekiwać wydarzeń nadprzyrodzonych na taką skalę wielkości i realności. Okoliczności muszą być głęboko i całkowicie sprzyjające, równie bardzo jak przy narodzinach Mozarta, Liszta czy Paganiniego”.
Jest to spekulacja, która przekracza naszą obecną wiedzę o czymś więcej niż tylko o poltergeistach; a biorąc pod uwagę, że poltergeist działa w każdej części globu i że tylko bardzo niewielka część tych działań może kiedykolwiek zostać poddana krytycznej ocenie, z tak zaskakującym wnioskiem można śmiało jeszcze poczekać. Istotnie, najnowsze relacje o poltergeiście w Indiach przeczą niektórym teoriom pana Sitwella dotyczącym właściwego środowiska; choć bez wątpienia prawdą jest, jak mówi, „że odpowiednie muszą być nie tylko osoby, lecz także miejsca”, i że taki obszar jak Isle of Axholme, opisany przez Hetty Wesley jako „miejsce pozbawione mądrości, dowcipu i łaski”, mógł zapewniać sprzyjającą atmosferę.
Kiedy mówi o „zakaźnym stanie halucynacji”, autor zdaje się przez chwilę zsuwać ku metodom niespokojnych badań. „Stukania” – powiada – „zdają się nigdy nie być kategorycznie dowiedzione ani obalone. A najważniejsze ze wszystkiego są ruchy przedmiotów nieożywionych, wraz ze szczegółowymi relacjami o ich dziwnym zachowaniu podczas lotu – opisy, które mogłyby odnosić się równie dobrze do świadków znajdujących się w stanie halucynacji, jak i do rzeczywistego zachowania krzeseł czy naczyń w locie”.
Co, chciałoby się zapytać, wywołuje „stan halucynacji”? Człowiek wchodzi do domu, widzi kawałki naczyń ciskane w stronę jego głowy i zauważa pewne niezwykłe cechy ich lotu. Jest to jego pierwszy kontakt z poltergeistami, istotami, o których nigdy nie słyszał. W którym momencie wszedł on w „stan halucynacji” i dlaczego jego relacja tak dokładnie przypomina relację każdego innego obserwatora?
„Ukląkłem przy wezgłowiu mojego łóżka” – pisze pan W. G. G., członek stowarzyszony Society for Psychical Research, z Sumatry – „i próbowałem chwytać kamienie, gdy spadały przez powietrze w moją stronę, ale nigdy nie mogłem ich złapać; wydawało mi się, że zmieniały kierunek w powietrzu, gdy tylko próbowałem je uchwycić… Przechodziły prosto przez kadjang, ale w kadjangu nie było żadnych dziur. Kiedy próbowałem je złapać dokładnie tam, w miejscu, z którego wychodziły, również mi się nie udało… Początkowo myślałem, że mogą to być kamienie meteorytowe, ponieważ były tak ciepłe, ale z drugiej strony nie potrafiłem wyjaśnić, jak mogły przejść przez dach, nie robiąc w nim dziur”.
Na którym etapie, chciałoby się wiedzieć, pan G. wszedł w „stan halucynacji”? Nie, tak tanie wyjście jest tym, co w innym przypadku, trzy stulecia temu, znakomicie nazwano „wiecznym wykrętem”.
Choć niechętnie uznaje tak pospolite oznaki jak stukania, pan Sitwell akceptuje krzesło w przypadku T. B. Clarke’a, które „wirowało w kółko z niewiarygodną szybkością i gwałtownością, by nagle zatrzymać się, jak gdyby znów trzymane było w stalowym uścisku”.
W połowicznej próbie powiększenia roli ludzkich uczestników autor sugeruje, że skoro Dobosz z Tedworth był znany Matherom, rodzinie Wesleyów w Epworth, a przez nich z kolei panu Procterowi z Willington Mill i metodystycznej rodzinie w Derrygonnelly, to wydawałoby się, „jakby te przypadki nie były tak odosobnione, jak sądzimy”.
Dodaje nawet: „Interesujące byłoby wiedzieć, czy żywot Johna Wesleya znajdował się wśród książek w Cashen’s Gap”; a jeśli tak, można by dodać, czy studiowała go córka domu, czy Gef, gadająca mangusta.
Gef rzeczywiście zdaje się powracać do obrazu. Przypomina się, że jakiś mały dodatek tego rodzaju często towarzyszył czarownicom, z których wiele podczas procesu przyznawało się do trzymania demonicznych zwierzątek.
Była małpa widziana przez dzieci i długonosa biała kotka w Willington Mill; małe zwierzę podobne do borsuka, które wybiegło spod dziecięcych łóżek; oraz małe stworzenie „podobne do królika, lecz mniejsze”, które wyskoczyło z kuchennego kotła na plebanii w Epworth.
„Istnieje jeszcze bardziej niezwykła paralela” – mówi autor. „Duch Ringcraft krzyknął: «Kick cuck»; mangusta z Cashen’s Gap powitała pana Northwooda okrzykiem: «Charlie, Charlie, chuck, chuck, chuck»; poltergeist z Willington Mill wołał w dziecięcej sypialni: «Chuck, chuck», a potem wydał odgłos podobny do ssania dziecka”; również duch na plebanii w Epworth „gdakał jak indyk”.
Zdaje się, że pamiętamy, iż Gef z Cashen’s Gap miał urozmaicony repertuar mowy i pod wieloma względami był raczej utalentowaną osobistością; lecz dla pana Sitwella nie ma nic, co można by powiedzieć na korzyść takiego ducha.
„Jest w tym sens obsceniczny albo bełkotliwy, i nic więcej. We wszystkim jest to bezbożne, nieuświęcone i nieludzkie. Któż może wątpić, że jest to projekcja nie mózgu, lecz obscenicznych zmysłów, głębokiego, ukrytego podziemia, które znajduje się na dnie każdego umysłu”.
Miło jest zacytować tak poetycki fragment, nawet jeśli się z nim nie zgadzamy, i podziękować autorowi za zebranie tak dużej części historii poltergeistów oraz za pomoc w naszym rozumieniu dzięki tak znakomitemu omówieniu.
Szczęśliwym pomysłem było włączenie „złowieszczego” poematu jego siostry o Demonie z Tedworth, lecz komiczne ilustracje wydają się niezbyt stosowne dla tak poważnego przedsięwzięcia.
Poltergeists, Sacheverell Sitwell. Londyn: Faber and Faber Limited, 1940. Cena: 15 szylingów.
źródło: The Jesting Spirits: Mr. Sacheverell Sitwell’s Views on the Poltergeist Problem; Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, August 8, 1940.