Camille Flammarion, astronom, po sześćdziesięciu latach poszukiwania „faktów, faktów i jeszcze raz faktów”, napisał swoje znakomite dzieło Śmierć i jej tajemnica – trzy tomy liczące 1265 stron – a w Zakończeniu, które każdy powinien przeczytać, zauważa:
„Przyznajmy, że te pośmiertne manifestacje nie odpowiadają naszemu zwykłemu ziemskiemu punktowi widzenia”.
I dalej:
„Jest to świat bardzo różny od naszego, a my, z naszymi ziemskimi wyobrażeniami, chcielibyśmy widzieć go rządzonym według innych zasad”.
I znów:
„Nie powinniśmy oczekiwać, że wejdziemy w relacje ze zmarłymi na takich samych warunkach, jak z żywymi […]. Komunikacja między żywymi a zmarłymi ma naturę niezwykle różnorodną i zagadkową”.
Faktem jest, że wszyscy zachowujemy mentalność uczniaka, dopóki nie dotrzemy do piątej klasy w szkole psychicznej, a słowa dobrego Profesora powinny być wypisane na drzwiach każdego pokoju seansowego.
Sądzę, że znaczą one tyle, iż to, co się wydarza, należy oceniać raczej miarą mentalną niż przez percepcje zmysłowe; innymi słowy, należy sądzić po treści komunikatów, a nie po samych głosach i tym podobnych zjawiskach.
Zamierzam opowiedzieć o bardzo niezwykłym posiedzeniu z panem Leslie Flintem jako medium, które odbyło się w moim studiu w Lyndhurst, 20 listopada o godzinie 20.00, w obecności państwa D. Hanbury, pani Shedden, panny Bartlett i piszącego te słowa, Gilberta Mahona. Uczestnicy ci nie odpowiadają za żadne moje osobiste uwagi, nie sprzeciwiają się jednak niniejszemu opisowi wydarzeń.
„Kontrolą” pana Flinta jest Mickey, gazeciarz, który – jak sam nam mówi – został przejechany i zabity w Camden Town. Jest niezwykle inteligentny i stanowi wyraźnie odrębną osobowość. Nie sądzę, abym kiedykolwiek spotkał kogoś bardziej wyrazistego. Mówi nam, że jego główną funkcją jest niedopuszczanie do tego, by uczestnicy seansu stawali się zbyt napięci. Wszyscy wiemy, jak paraliżujący wpływ może niekiedy mieć martwa cisza. Mickey wtrąca wtedy jakąś dowcipną uwagę, wszyscy śmieją się i zaczynają rozmawiać, a komunikujący się duch wkrótce znów gromadzi siłę i kontynuuje swoją opowieść.
Kiedy jednak Mickey mówi poważnie, bywa bardzo pouczający. Wyjaśnia nam na przykład, że operatorzy duchowi konstruują zmaterializowane narządy głosowe, umieszczone w czymś w rodzaju aparatu, przez który duchy mówią. Zauważył też, że korzystanie z tego urządzenia wcale nie jest łatwe, że zmienia ono charakter głosów oraz że komunikatorzy, używając go, nie potrafią pamiętać, co chcieli powiedzieć. Gdybyście ćwiczyli codziennie przez trzy miesiące – mówi – być może potrafilibyście mówić tak jak on.
Nasi własni przyjaciele po tamtej stronie powiedzieli nam dokładnie to samo – kilku z nich. Mówią z dość lekceważącym tonem o „tym pudełku”. Wydaje się więc raczej niemądre mówić: „Głos tego a tego nie brzmiał całkiem naturalnie”; oczywiście, że nie brzmiał.
Rozsądniej byłoby powiedzieć: „Ten a ten nie wyrażał się dokładnie tak, jak bym oczekiwał”, ale i to częściowo tłumaczy trudność związana z „pudełkiem”, choć nie całkowicie. Wasz przyjaciel po tamtej stronie jednego dnia będzie całkowicie sobą – w sposobie bycia i stylu, choć prawdopodobnie nie w głosie – a następnego odniesiecie wrażenie, że mówi jakiś pośrednik.
W odniesieniu do „pośrednika” mogę przywołać rozmowę z duńską dziewczyną po tamtej stronie.
– Jak to jest, Grethe, że mówisz po angielsku w taki sposób?
Odpowiedź:
– Nie mówię po angielsku. Myślę po duńsku, a ty odbierasz to po angielsku, ponieważ otaczają nas angielskie myśli.
Zagadkowe! Powiedziałbym, że przetrwanie po śmierci wymaga pewnego dowodu. Dobry Flammarion szuka przez sześćdziesiąt lat, zanim dochodzi do wniosku, ale kiedy już do niego dochodzi, czyni to w sposób bynajmniej nie mglisty. Nie ma u niego żadnej niejasnej „wiary”. Są „fakty, fakty i jeszcze raz fakty”.
Wróćmy jednak do seansu.
Pan Flint zaproponował użycie czerwonego światła, ale woleliśmy ciemność, sądząc, że wyniki będą wtedy pewniejsze. Cieszyliśmy się później, że tak zrobiliśmy, ponieważ były zdumiewające.
Głosy pojawiały się jeden po drugim i mówiły o rzeczach nieznanych medium ani uczestnikom seansu – poza osobą, do której komunikat był skierowany. Przeważnie różniły się od siebie, choć dwa lub trzy sprawiały wrażenie „pośrednika”. Niektóre głosy były tak donośne, że można by je usłyszeć z odległości stu jardów. Żadną możliwą grą aktorską żadna rozdwojona osobowość ani inna część medium nie mogłaby udramatyzować tych wszystkich odmiennych głosów: męskich, kobiecych, dziecięcych, chińskich, egipskich i innych, z wtrąceniami w ich własnych językach.
Nie będę przytaczał wszystkiego szczegółowo, punkt po punkcie. Opinia pięciu zdrowych na umyśle osób musi wystarczyć. Bardzo interesująca była następująca cecha tego wydarzenia.
Podczas siedzenia około godziny szóstej, gdy czytaliśmy dzienne gazety, pan Flint zauważył, że ktoś chce, aby pisał. Od dawna nie odczuwał tego rodzaju wezwania. Zaczął więc pisać na moich oczach.
Zgłosił się mój dziadek i powiedział, że przyjdzie o godzinie 20.00 i przemówi. Powiedział, że przyprowadzi również moją matkę. Poprzedni właściciel mojego domu także zapowiedział, że przyjdzie. Również inny bardzo bliski krewny – brat – i tak dalej. Wszyscy uczynili to, co obiecali, to znaczy przyszli i przemówili o godzinie 20.00, odnosząc się przy tym do wcześniejszego pisma. Medium było obce naszemu otoczeniu i jestem pewien, że nie mogło mieć żadnego pojęcia o tych różnych komunikatorach.
Pisał również egipski przewodnik, pod imieniem Memphiha, lecz wieczorem wymówił swoje imię bardzo stanowczo jako Mee-nah-haht-see. Powiedział, że pragnie, abyśmy zapisali je poprawnie, ponieważ „podświadomość młodego człowieka przeszkodziła właściwemu przekazowi w piśmie”. Skłania to do przypuszczenia, że informacje przekazywane głosem mogą być bardziej wiarygodne niż te przekazywane w transie lub przez pismo.
Nikt nie mógłby życzyć sobie szybszego ani wyraźniejszego potwierdzenia pisma duchowego niż to, które przyniósł ten incydent.
Jeszcze jedna interesująca rzecz. Po zakończeniu seansu medium wstało i chodziło po pokoju, aby się rozgrzać, a my, uczestnicy, włączyliśmy się do ogólnej rozmowy. W sąsiednim pokoju zapalono światło elektryczne, drzwi łączące pomieszczenia pozostawiono otwarte, a mimo to Mickey wciąż wtrącał się do rozmowy. Sądzę też, że zarówno Flint, jak i ja słyszeliśmy jego głos w ogrodzie, kiedy jakieś dziesięć minut później zamykaliśmy zewnętrzne drzwi studia.
Co więc z tym wszystkim począć?
Przypuśćmy, że jesteście komitetem poważnych ludzi badających te sprawy. Po pierwsze, zechciejcie łaskawie zauważyć, że mędrcy tacy jak Flammarion potrzebują sześćdziesięciu lat, aby dojść do wniosku, podczas gdy drobne płotki, takie jak autor tych słów, ośmielają się uczynić to w ciągu pięciu lat. Szanowni panowie, proszę nie oczekiwać, że nauczycie się wiele podczas pół tuzina seansów.
Załóżmy teraz, że rozpoczęliście swoje badanie. Bez wątpienia powiecie:
– Dlaczego duchowy kierownik, czyli kontrola, w tej rzekomo poważnej sprawie jest gazeciarzem? Dlaczego nie jakaś – według naszych ziemskich pojęć – Dostojna Osobistość? Dlaczego mała murzyńska dziewczynka, „Cuckoo”, przychodzi i mówi do nas piskliwym głosem? My, którzy poświęcamy cenny czas z wielką niewygodą, i tak dalej, i tak dalej.
Znów powiecie:
– Dlaczego nasi przyjaciele nie mogą komunikować się z nami bezpośrednio, bez tego farsowego posiedzenia z medium?
Do takich badaczy Flammarion mówi:
„Przyznajmy, że te manifestacje nie odpowiadają naszemu ziemskiemu punktowi widzenia”.
Możecie wreszcie zapytać:
– Jaki pożytek może wam przynieść ta pewność Przetrwania, skoro wszyscy zgadzamy się co do nieśmiertelności?
Odpowiedź brzmi: kiedy człowieka spotyka cios, który zamienia dzień w ciemność, staje się on głęboko niezadowolony z perspektywy spotkania „Tej Jedynej Osoby” ponownie dopiero „w poranek zmartwychwstania”, „na końcu świata” i tak dalej. Kiedy przychodzi ten ciemny dzień, człowiek domaga się „faktów”, a wy nie dajecie nam żadnych. Ani jednego.
Wtedy jednak powiecie:
– Te poszukiwania odciągną ludzi od Kościoła.
Na to mogę odpowiedzieć, że znam tylko jeden przypadek pozytywnie i z całą pewnością, i w tym przypadku miało to dokładnie przeciwny skutek.
Szukajcie, a znajdziecie! Szukałem i dzięki Bogu znalazłem. „Ta Jedyna Osoba” nie odeszła w nieskończenie odległą przyszłość, jak mnie wychowano, bym wierzył, lecz jest ze mną dzień po dniu i raduje się ponad wszelkie słowa, że kanał komunikacji został odnaleziony.
Co do mnie – noc zamieniła się w dzień. To wszystko. Ale jest to coś, czego Ortodoksja nie mogła dla mnie uczynić.
źródło: PROBLEM OF THE VOICES; Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, December 24, 1936.