Wieszcz

Mroczny seans i jego rzadsze fenomeny

Głos bezpośredni i eterializacje
James Coates

[Uwaga.] Pani Wriedt z Detroit w stanie Michigan, w USA – słynne medium głosu bezpośredniego i eterializacji – odwiedziła krąg w Rothesay czterokrotnie, w kolejnych latach 1912–1915. Seanse z lat 1912 i 1913 zasłynęły z pięknych eterializacji, w tym z niezapomnianego ukazania się W. T. Steada. Posiedzenia z lat 1914 i 1915 również były pod wieloma względami niezwykłe, choć zjawiska eterializacji występowały rzadziej. Świadkowie tych manifestacji przybywali z Egiptu, Normandii, z północnych wysp, z Irlandii, Anglii i Szkocji. Wzmianki o tych spotkaniach pojawiają się w książce wiceadmirała Usborne’a Moore’a The Voices. Poniższe notatki pochodzą z seansów odbytych w 1913 roku. – J. C.

8 lipca

Był to pierwszy seans z cyklu roku 1913. Warunki były dobre i wiele osób otrzymało psychofoniczne przekazy.

Z gabinetu wyłoniła się świetlista, mglista postać, wyraźnie widziana przez wszystkich obecnych. Był to ktoś dla państwa Gerne z Hampstead w Londynie. Ponieważ później opisanych zostanie wiele podobnych form, pominę ten przypadek.

„Dr Sharp”, po serdecznym powitaniu, mówił o sprawach praktycznych – o tym, jak spirytyści powinni prowadzić swoje spotkania, zwłaszcza zaś o tym, co mogliby osiągnąć działacze z Glasgow, gdyby połączyli siły, wznieśli świątynię i mniej pieniędzy wydawali na podróżujących delegatów. Wszystko to było zapewne bardzo pożądane, ale nie stanowiło materiału dowodowego. Uwagi te skierowane były głównie do naszych przyjaciół z Glasgow.

„Dr Sharp” poradził mi również, abym poszukał nowych wydawców i nie ograniczał się do jednej firmy. Powiedział, że powinienem publikować także na Kontynencie, i obiecał pomóc mi wydać książkę Has W. T. Stead Returned?, z którą później miałem niemałe trudności. Dodam tylko tyle, że pomoc rzeczywiście nadeszła. Po odrzuceniu przez jedenastu wydawców książka ostatecznie ujrzała światło dzienne i została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników. To nieproszone i nieoczekiwane stwierdzenie „Dr. Sharpa” można by nazwać wręcz proroczym, skoro się spełniło.

Usłyszeliśmy głos mówiący: „David, ma”.

Mówcą był David Simpson, syn pani Coates i mój pasierb.

– Tak, Davidzie, bardzo się cieszę, że zdołałeś przyjść – powiedziałem.

Jego matka dodała:

– Zrobiłeś dla nas tej zimy tyle dobrego.

David odpowiedział, że czyni, co może, i że wielką radość sprawia mu możność przychodzenia do matki.

– Wszyscy tu jesteśmy: babcia i dziadek Andersonowie oraz Agnes.

– Myślisz, że będą mogli mówić, Davidzie?

– Nie dziś wieczorem, ale przyjdziemy jeszcze, zanim te spotkania się skończą. Dobranoc, mamo; dobranoc, tato.

Był to typowy sposób mówienia Davida; za życia zwracał się do nas właśnie tymi prostymi słowami. Kilku uczestników seansu odezwały się głosy, które rozpoznali. Pan Galloway odbył interesującą rozmowę ze swoją matką, a pod koniec głos zwrócił się do pani Stewart z Largham. Wynikało z niej, że matka pana Gallowaya spotkała w życiu pośmiertnym kilka osób znanych pani Stewart, w tym także niektóre z Coupar Angus, choć za życia ziemskiego ich nie znała. Ponieważ jednak mam do wyboru i opisania jeszcze wiele materiału, muszę zrezygnować ze szczegółów tych rozmów, jak również wielu późniejszych.

W. T. Stead przemawia

Głos, który – choć nieco napięty – rozpoznaliśmy jako głos pana Steada, odezwał się dość nagle:

– Jak się mają państwo Coates? Jestem przyjacielem wszystkich poszukiwaczy prawdy. Niech Bóg błogosławi wszystkim tu obecnym.

Po stosownych odpowiedziach ze strony pani Wriedt i uczestników, mówca wyraził nadzieję, że szczerze pragnąc prawdy, będziemy dążyć do głębszego zrozumienia i do uważnego widzenia; a także, że poznawszy fakt duchowej łączności, znajdziemy w sobie odwagę, by o nim świadczyć. Oświadczył, iż nie ma ani jednej chwili w doświadczeniu człowieka – ani przed zmianą zwaną śmiercią, ani po niej – w której duch Boży nie działałby dla jego oświecenia i postępu. Zakończył, wzywając dla wszystkich słuchaczy Boskiego błogosławieństwa i przewodnictwa.

Głos pana Steada nie był tak wyraźny jak w roku poprzednim i nie doszło tym razem do eterializacji.

10 lipca, godzina 21.00

Wśród obecnych znajdował się duchowny, którego nazwę tu „Ediną”. Zainteresował się fotografią mediumiczną dzięki świadectwom uzyskanym za pośrednictwem nieżyjącego już Edwarda Wylliego i bardzo pragnął uczestniczyć w seansie z panią Wriedt. Nigdy wcześniej nie brał udziału w takim spotkaniu, był więc sceptyczny i powściągliwy – miał nastawienie człowieka, który niczego nie przyjmuje z góry. Samo w sobie nie ma w tym nic nagannego. Święty Tomasz miał w sobie coś z tej postawy, a my jesteśmy wdzięczni takim „Tomaszom” w nauce – czy to fizycznej, czy psychicznej.

Wkrótce po rozpoczęciu „Dr Sharp” przywitał nas donośnym głosem, oznajmiając, że warunki są dobre i że obecnych jest wiele duchów pragnących nawiązać kontakt.

„Edina” zapytał „Dr. Sharpa”:

– Gdzie pan jest?

Miał oczywiście na myśli miejsce pobytu w świecie duchowym. Ku naszemu zaskoczeniu odpowiedź zabrzmiała dość szorstko:

– Dlaczego, tu przecież, oczywiście.

– Ale w jakiej Sferze? – dopytywał „Edina”.

– W Niebiańskiej – odparł doktor.

Dodał, że przebywa w świecie duchowym od stu dwudziestu lat, a ci, którzy weszli do Sfery Niebiańskiej, wznieśli się ponad wszelkie ziemskie warunki. On sam jednak postanowił powrócić, by prowadzić tę misję dla dobra ludzkości. Twierdzenia doktora, jeśli nawet wykraczały poza możliwość ścisłego dowodu, były mimo to bardzo interesujące. Co „Edina” o nich pomyślał – tego nie ujawnił.

Niedługo potem pani Wriedt opisała dla „Ediny” zmarłego duchownego imieniem „John George”. Nie rozpoznał on tego opisu. Pani Coates zauważyła, że znamy pewnego pastora „George’a Jamesa”, ale tożsamości nie udało się ustalić.

Nieśmiały głos, którego początkowo nie mogliśmy dobrze usłyszeć, zwrócił się do starszej pani z Langside. Po chwili głos się wzmocnił i usłyszeliśmy poruszającą historię jej syna, który zszedł na złą drogę, popadł w kłopoty i popełnił samobójstwo. Prosił matkę o przebaczenie. Otrzymał je. Pani odetchnęła i powiedziała, że przebaczyła mu już dawno temu.

Nagle potężny głos zawołał:

– Colley, Colley!

– Archidiakon Colley? – zapytał ktoś.

– Tak.

Głos zwrócił się do „Ediny” jego właściwym tytułem:

– Jak się masz?

I przez chwilę rozmawiał z nim. „Edina” zapytał niewidzialnego rozmówcę:

– Czy może mnie pan dotknąć?

– Oczywiście – padła odpowiedź.

Natychmiast czyjaś dłoń spoczęła na ręce „Ediny”, którą trzymał na kolanie, dłonią ku górze. Co więcej, opuszki palców niewidzialnej ręki zostały precyzyjnie ułożone – czubek do czubka – na jego własnych palcach. „Edina” uznał to za całkowicie satysfakcjonujące. Ciemność była zupełna, a cały gest wykonano szybko, bez najmniejszego zawahania czy omacywania.

Nigdy nie widziałem archidiakona Colleya, ale przez pewien czas prowadziłem z nim ożywioną korespondencję, ponieważ obaj interesowaliśmy się fotografią mediumiczną. Nie zgadzaliśmy się we wszystkim, więc nie dziwiło mnie, że głos dał teraz do zrozumienia, iż jestem człowiekiem „twardej głowy” – zapewne dlatego, że nie chciałem niczego publikować bez pełnych danych. Głos przyznał jednak, że miałem rację i że gdy atakowano fakty, potrafiłem ich bronić.

Zapytałem:

– Czy mam dać znać profesorowi Henslowowi, że pan tu był?

– Tak, tak, proszę.

– A pannie Scatcherd?

– Tak, tak. Ona wie i zrozumie lepiej niż ktokolwiek.

Przed odejściem dodał, że obecny jest również Wyllie.

Nie mam tego w notatkach, ale podczas tego lub innego seansu rozmawialiśmy też o pewnych nieopublikowanych rękopisach, którymi archidiakon chciał, abym się zajął. Nie mogłem się tego podjąć, ale nie mam wątpliwości, że w jego pismach znajdują się cenne materiały, które być może jeszcze kiedyś zostaną wydane.

Głosy rozpoznane i nierozpoznane

Pani Wriedt opisała obecną tam kobietę o nazwisku „Cherry”. Głos zwrócił się do pani Coates i dowiedzieliśmy się, że przemawia pani Cherry, dawna przyjaciółka jej i całej rodziny.

Pani Coates powiedziała:

– Cieszę się, że mogłaś przyjść.

– Cieszę się, że znów cię spotykam, Jeanie Anderson – odparł głos.

– Jesteś siostrą Gavina Spiersa?

– Tak.

– Powiem o tym pannie Love.

– Och tak, zrób to.

– Na ziemi nie wierzyłaś w takie rzeczy?

– Nic o tym nie wiedziałam.

Zapewne była to odpowiedź trafna. Inni również napierali, więc po kilku słowach niespodziewana pani Cherry odeszła.

Wiele z tego, co się wydarzyło, było zarazem bardzo ludzkie, wzruszające i zwyczajne. Oto na przykład odzywa się głos:

– Mamo, mamo.

Obecna tam kobieta, wyraźnie poruszona, pyta:

– To do mnie? Kto mówi?

A głos niemal natychmiast odpowiada:

– To ja, Bertie, mamo.

Potem rozmawiają o szczęśliwych dniach, o późniejszych cierpieniach, o „Guyu” i „Jamesie”, o „ojcu”, o tym, jak dobry jest „James” i jak ciężko pracuje, o pozdrowieniach dla „Mad”, i tak dalej. Czujemy, że jesteśmy wobec potężnego faktu, nieznanego światu albo przez świat niedocenianego.

Wiele osób przychodziło na te seanse, lecz ich nazwiska lub wypowiedzi nie miałyby dla ogółu czytelników większego znaczenia. Na przykład donośny głos wołający: „John King, niech Bóg cię błogosławi!” przeciętnemu odbiorcy nic nie powie. Ale dla badacza zjawisk psychicznych i czytelnika literatury spirytystycznej znaczy bardzo wiele. Ostatecznie to właśnie osobiste szczegóły mają największą wagę.

Tak było choćby wtedy, gdy pani Wriedt oznajmiła, że widzi nazwisko „Breckenridge”. Zdawało się ukazywać w ciemności w odwrotnej kolejności, jakby zapisane lustrzanie.

– Czy ktoś to rozpoznaje? – spytała.

Pani Wriedt często otrzymywała dziwne nazwiska, a jeszcze bardziej niezwykłe było to, że niektóre z nich początkowo nie były rozpoznawane. Tak stało się i tym razem. Powiedzieliśmy, że znamy osobę o tym nazwisku. Wkrótce potem rozległ się głos:

– Jak się masz, panie Coates?

– Całkiem dobrze, przyjacielu, ale kim jesteś? – zapytała pani Coates.

Zanim jednak padła odpowiedź, zapytałem:

– Czy to pan William Breckenridge?

– Tak, to ja – odrzekł głos. – Był pan dla mnie bardzo surowy, panie Coates.

– Ależ nie sądzę. Nie pozostawił mi pan wyboru.

– Wszystko w porządku, nie ma wielkiej szkody. Wiem, że chciał mi pan dobrze.

Po chwili nie było już wątpliwości, że to głos dawnego lokatora, znanego z ciętych ripost, słabego zdrowia i ciężkiego życia. Spośród wszystkich głosów, które usłyszeliśmy tego wieczoru, właśnie głos Breckenridge’a miał dla nas ogromne znaczenie. Znaliśmy tego człowieka i jego sposób bycia.

Niezliczone świadectwa

Nie jestem w stanie oddać nawet dziesiątej części tego, co się wydarzyło. Nie opiszę szczegółowo, jak pani Stewart długo rozmawiała ze swoją córką po tamtej stronie o sprawach dziejących się w domu – możliwych do sprawdzenia – ani też jak pan McIntyre był więcej niż zdumiony, gdy odezwał się głos podający się za Toma Scotta, z zawodu reportera „Scotsmana”, a z zamiłowania studenta okultyzmu.

Pan Scott był współpracownikiem pana E. K. McIntyre’a w stowarzyszeniu, w którym obaj żywo się udzielali. Była to pierwsza wiadomość, jaką pan McIntyre otrzymał, że pan Scott dołączył – krótko wcześniej – do wielkiej większości. Był to istotnie silny dowód. Pan McIntyre niemal odrzucił kilka wcześniejszych głosów, roszczących sobie prawa do pokrewieństwa lub innego rodzaju związku, lecz przyznał mi, że tym razem był usatysfakcjonowany manifestacją. Za życia pan Scott był szczerym badaczem, którego dociekania nie doprowadziły do pełnej pewności, że zmarli mogą przerzucić most ponad rzeką śmierci.

Krótkie, ale wymowne rozmowy

Jeden z głosów zwrócił się do mnie:

– Jak się masz, Jamesie?

– Dobrze, przyjacielu; a kim jesteś?

– Jestem matką Jessie.

– Cieszę się, że cię spotykam. Czy jesteś szczęśliwa?

– Teraz jestem szczęśliwa.

Pani Coates zapytała:

– Czy lepiej teraz rozumiesz, matko?

– Tak. Myślałam, że się zagubiłaś, i bałam się.

– Teraz już wszystko dobrze.

– Tak, Jessie. Cieszę się, że mogłam wrócić. Żegnaj, droga, muszę już iść.

Nie było tego wiele, ale wszystko było na miejscu, naturalne i zarazem dowodowe.

Nadzwyczajne świadectwo dla „Ediny”

Pani Wriedt powiedziała „Edinie”, że widzi przed nim starszą kobietę siedzącą na krześle na kółkach.

– Patrzy na pana i trzyma w ręku lilię zmartwychwstania.

„Edina” zapytał, jaki to rodzaj krzesła. Pani Wriedt natychmiast odpowiedziała:

– W Ameryce nazwalibyśmy to „rattan chair”; pan powiedziałby raczej: fotel wiklinowy.

– To się zgadza – odpowiedział „Edina”.

Pani Wriedt mówiła dalej:

– Zdaje się, że dziękuje panu za ten kwiat. Czy pan to rozpoznaje?

– Tak – odparł „Edina”.

Nie ma tu miejsca na zgadywanie, a odpowiedzi padały natychmiast. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że lilia ma podwójne znaczenie: nie tylko pomaga potwierdzić tożsamość starszej pani, lecz przypomina też o istnieniu innej osoby – dorosłej córki, którą starsza pani zwykła nazywać „moją Lilią”.

„Edina” powiedział, że przywołało to niezwykle żywy obraz jego matki, zmarłej około sześciu miesięcy wcześniej, i że zwykła ona zwracać się do jego siostry właśnie tym mianem. Dodał także, że sam kupił i w szczególny sposób położył na jej ciele lilię dokładnie tego rodzaju, jaki opisano.

„Edina” zapytał o jej chrześcijańskie imię.

– Mary – padła prawidłowa odpowiedź.

Następnie pani Wriedt zobaczyła dwie cyfry: 8 i 7, które zdawały się oznaczać wiek staruszki. Zmarła, mając osiemdziesiąt siedem lat.

Skąd pani Wriedt wzięła te wszystkie trafne informacje, przekazane zupełnie obcej osobie, to pytanie łatwiej postawić, niż na nie odpowiedzieć. Mój wniosek jest taki, że matka „Ediny”, żyjąca już po tamtej stronie, przedstawiła ten obraz i odcisnęła na tej obdarzonej mediumicznie kobiecie poprawne odpowiedzi. Jeśli wykluczyć zdolności psychiczne i łączność ze światem duchowym, rozwiązanie nie jest łatwe. Nie przedstawiam jednak żadnej teorii – stwierdzam jedynie fakt, że „Edina”, którego nikt z nas w pokoju osobiście nie znał i o którego rodzinie wiedzieliśmy jeszcze mniej, otrzymał od pani Wriedt, w obecności piętnastu świadków, znamienne dowody opisane powyżej.

Pani Coates szepnęła do mnie:

– Widzę pana Wylliego.

A chwilę potem pani Wriedt oznajmiła, że widzi jego nazwisko. Usłyszeliśmy głos, który nas pozdrowił, a na który odpowiedzieliśmy wraz z panią Wriedt i panią Coates. Pani Wriedt nigdy nie spotkała pana Wylliego za życia, lecz wiele o nim słyszała w Stanach. Wyllie, w pogodnym nastroju, zwrócił się do „Ediny” jego tytułem i nazwiskiem. Rozmawiali swobodnie przez chwilę o sprawach osobistych i religijnych, a Wyllie zapewnił przyjaciela, że jest całkowicie szczęśliwy.

„Edina” zapytał Wylliego, czy może go dotknąć, i natychmiast cała dłoń została położona – jak sam stwierdził – „mocno i wyraźnie” na jego głowie. Mieliśmy tu do czynienia nie tylko z dowodem działania psychofizycznego, ale także z inteligencją stojącą za tym działaniem, która tak dokładnie odpowiedziała na jego życzenie.

Śpiew i niewidzialny kornecista

Podczas tego seansu pojawiły się również manifestacje wokalne. Dwa głosy włączyły się do hymnu śpiewanego przez wszystkich obecnych, czyniąc to na tyle głośno, że wyraźnie słyszeliśmy duchowy bas i kontralt. Kiedy śpiewaliśmy Nearer, My God, to Thee, niewidzialny kornecista towarzyszył nam bardzo skutecznie. Tego rodzaju zjawiska zdarzały się od czasu do czasu podczas tych seansów. Zasługa gry na kornecie przypisywana była „Dr. Sharpowi”.

Kolejne świadectwa

Oprócz osobistych dowodów „Edina” usłyszał także głos podający się za McNeila. Moje stenograficzne notatki sporządzane w ciemności są w tym miejscu nadpisane, ale sądzę, że i ten McNeil był duchownym. Inny głos twierdził, że jest „wujem Johnem” Edwarda Wylliego, dodając, że żona „Ediny” znała go jedynie ze słyszenia.

Dalszy ciąg nastąpi.

źródło: The Dark Seance and Its Rarer Phenomena. The Direct Voice and EtherealisationsLIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, September 25, 1915.