Poniższe opowieści pochodzą z niedawno opublikowanej książki True Irish Ghost Stories autorstwa wielebnego St. Johna D. Seymoura i H. L. Heligana. Pierwsza z nich jest relacją przekazaną autorom przez dobrze im znaną damę, co do której dobrej wiary nie mają żadnych wątpliwości, lecz która zastrzegła sobie, aby pominięto wszelkie nazwiska.
AN EARTH-BOUND VISITOR.
Dwa lub trzy miesiące po śmierci mojego teścia mieszkaliśmy wraz z mężem i trzema małymi synami na zachodzie Irlandii. Ponieważ mój mąż był młodym adwokatem, musiał często wyjeżdżać z domu. Moi trzej chłopcy spali w mojej sypialni; najstarszy miał około czterech lat, najmłodszy zaś zaledwie kilka miesięcy. Co noc podtrzymywano ogień na kominku, a mając pod opieką małe dziecko, naturalnie budziłam się więcej niż raz w ciągu nocy. Przez wiele nocy wydawało mi się, że całkiem wyraźnie widzę mojego teścia siedzącego przy kominku. Nie zdarzyło się to raz czy dwa, lecz wiele razy. Był on namiętnie przywiązany do swojego najstarszego wnuka, który spał spokojnie w swoim łóżeczku. To, że byłam tak często sama, zapewne czyniło mnie niespokojną i rozdrażnioną, choć nigdy nie odczuwałam strachu. Wspomniałam o tym dziwnym zjawisku pewnej przyjaciółce, która znała i lubiła mojego teścia, a ona poradziła mi, bym – jak to określiła – „kazała pomodlić się za spokój jego duszy”.
Choć byłam protestantką, a ona katoliczką, podobnie jak mój teść, zastosowałam się do jej rady. Powiedziała mi, żebym dała monetę następnemu żebrakowi, który pojawi się pod domem, prosząc go lub ją o modlitwę za spoczynek duszy pana N. Kilka dni później do drzwi przyszła żebraczka z dziećmi; dałam jej monetę i powiedziałam, czego sobie życzę. Ku swemu wielkiemu zdumieniu po jej zachowaniu poznałam, że podobne prośby nie są niczym niezwykłym. Uklękła więc na stopniu i z pozorną gorliwością oraz nabożeństwem modliła się o to, aby jego dusza zaznała spokoju. Ukazał się jeszcze raz i zdawało mi się, że powiedział do mnie: „Dlaczego to zrobiłaś, E—–? Przyjść tutaj i posiedzieć było jedyną pociechą, jaką miałem.”
Nigdy więcej się nie pojawił i, co dziwne, po upływie ponad trzydziestu lat odczuwałam żal z powodu własnego egoizmu, że w to ingerowałam.
Po jego śmierci, gdy leżał w domu oczekując na pogrzeb, a ja przebywałam w domu oddalonym o jakieś dziesięć mil, wydawało mi się, że przyszedł i powiedział mi, iż czeka mnie ciężkie życie – co okazało się aż nazbyt prawdziwe. Byłam wtedy młoda, pełna życia i nadziei na pomyślną przyszłość.
A PHANTOM COACH.
Przed laty moja rodzina mieszkała w hrabstwie Down. Nasz dom znajdował się nieco na uboczu dość dużego miasta przemysłowego i prowadziła do niego krótka aleja, kończąca się żwirowym podjazdem przed drzwiami wejściowymi. Pewnego zimowego wieczoru, gdy mój ojciec wracał z wizyty u chorego, minął go na alei powóz jadący dość szybkim tempem. Przyspieszył kroku, sądząc, że przyjechali jacyś szczególni znajomi, lecz gdy dotarł do drzwi, żadnego powozu nie było widać, więc uznał, że musiał objechać do stajni. Służąca, która otworzyła na jego dzwonek, powiedziała, że nie było żadnych gości; on jednak, będąc pewien tego, co widział, pomyślał, że dziewczyna się pomyliła albo że wcześniej drzwi otworzył ktoś inny, wszedł więc do salonu, by zapytać dalej. Żadni goście jednak nie przybyli, chociaż osoby siedzące w salonie także słyszały, jak powóz podjechał pod dom.
Mój ojciec był najzupełniej pewien tego, co zobaczył – zamkniętego powozu z zapalonymi lampami; dodam od razu, że był duchownym znanym w całej północnej Irlandii jako człowiek wyjątkowo trzeźwy i rozsądny, a jednak aż do dnia swojej śmierci upierał się, że spotkał ten powóz na naszej alei.
Pewnego lipcowego dnia jedna z naszych służących dostała pozwolenie, by pojechać do domu na jeden dzień, ale polecono jej wrócić określonym pociągiem. Z jakiegoś powodu nie przyjechała nim, lecz znacznie późniejszym, po czym wbiegła do kuchni w nastroju głębokiej skruchy.
„Bardzo przepraszam, że się spóźniłam” – powiedziała kucharce – „zwłaszcza że byli goście. Domyślam się, że zostali na kolację, bo wyjeżdżali tak późno – spotkałam powóz na alei.”
Kucharka odpowiedziała na to, że nikt w domu nie był, i zasugerowała, że musiała widzieć powóz-widmo. To ogromnie ją przestraszyło, ponieważ historia ta była dobrze znana w mieście, a woźnice zwykli popędzać konie, przejeżdżając obok naszej bramy, podczas gdy piesi w ogóle nie chcieli tamtędy chodzić inaczej niż w grupie. Nieraz słyszeliśmy ten powóz, lecz są to jedyne dwa przypadki, w których mogę z całą pewnością stwierdzić, że został widziany.
Poniższą osobistą relację dotyczącą upiornego powozu przekazał obecnemu autorowi pan Matthias Fitzgerald, woźnica pani Cooke z Cappagh House w hrabstwie Limerick. Oświadczył on, że pewnej nocy przy świetle księżyca jechał drogą z Askeaton do Limerick, kiedy usłyszał za sobą turkot kół, stukot końskich kopyt i brzęk wędzideł. Zjechał na swoją stronę, aby przepuścić powóz, lecz nic go nie minęło. Obejrzał się więc, ale niczego nie dostrzegł; droga była zupełnie pusta, chociaż dźwięki były wyraźnie słyszalne. Trwało to mniej więcej kwadrans, aż do chwili, gdy dotarł do rozstaju dróg, w który musiał skręcić. Kiedy skręcił, usłyszał, jak upiorny powóz przemknął szybko prostą drogą dalej naprzód. Oświadczył również, że inne osoby miały podobne doświadczenia na tej samej drodze.
źródło: IRISH GHOST STORIES; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, March 13, 1915.