Wieszcz

Doświadczenia Medium w Rosji

Autor: W. Eglinton

Rosja – topograficznie, politycznie i społecznie

Rosja jest w praktyce terra incognita dla większości Anglików. Być może spośród wielu krajów odwiedzanych przez naszych globtroterów i kolonizujących rodaków jest ona przez nich odwiedzana rzadziej niż jakaś odległa wyspa na Pacyfiku albo, powiedzmy, Jerozolima. Przeciętny Anglik ma jedynie bardzo nikłe pojęcie o tym, czym naprawdę jest życie rosyjskie, a zwykłe wyobrażenie o Rosjaninie jest takie, że to zupełny barbarzyńca. Przyczyny tego stanu rzeczy nietrudno wskazać.

Po pierwsze, Rosja jest niemal odcięta od świata zewnętrznego przez surowy system paszportowy, a Anglicy – jak wszyscy wiemy – są zbyt przyzwyczajeni do swobodnego podróżowania tam i z powrotem, bez pytań i kontroli, by chętnie odwiedzać kraj, w którym każdy ich krok i czyn są znane władzom, a wjazd i wyjazd są możliwe dopiero po wielu kłopotach. Cenzura, tak surowo stosowana wobec wiadomości, telegramów i książek, również przyczynia się do izolowania Rosjanina od jego europejskich sąsiadów. Dalej, język stanowi kolejną trudność nie do pokonania, bo choć niemal każdy wykształcony Rosjanin mówi po angielsku, cudzoziemiec od razu natrafia na przeszkody po przekroczeniu granicy, z powodu trudności z porozumieniem się. Rosjanie, w przeciwieństwie do innych narodów, nie starają się szczególnie uczynić swoich miast i miasteczek przyjaznymi dla cudzoziemca; większość ich hoteli boleśnie odstaje pod względem udogodnień, do których przywykliśmy w innych stolicach Europy.

Aby wyrobić sobie pojęcie o wielkości Rosji, trzeba sięgnąć do statystyk. Całkowita powierzchnia imperium wynosi ponad osiem i pół miliona mil kwadratowych, podczas gdy ogólna liczba ludności wynosi nieco mniej niż 103 miliony. Przy ostatnim spisie Wielka Brytania miała ludność przekraczającą dwadzieścia dziewięć i pół miliona na 88 000 mil kwadratowych. A zatem Rosja ma około dwunastu osób na milę kwadratową, podczas gdy Wielka Brytania – dla tej samej powierzchni – około 330 mieszkańców. Liczby te dają pewne wyobrażenie o ogromie Imperium Rosyjskiego i pozwalają czytelnikowi odczuć całkowitą posępność tej ziemi wynikającą z rzadkiego zaludnienia i niedostatecznej uprawy. Podczas podróży przez kraj widzi się olbrzymie połacie dziewiczych lasów modrzewiowych, brzozowych, jesionowych, sosnowych i dębowych; tylko tu i ówdzie urozmaicone niewielkimi skrawkami ziemi uprawnej w pobliżu wsi lub miasteczka. Całą powierzchnię Rosji – z wyjątkiem Uralu, ciągnącego się wzdłuż wschodniej granicy, oraz pasma górskiego na Krymie – można uważać za jedną ogromną równinę; dlatego też brak jej tej malowniczości, jaką spotykamy w innych krajach, zwłaszcza w Anglii. Odległości między zamieszkanymi miejscami, które trzeba pokonywać, są dla Anglika – przyzwyczajonego do widoku miast i wsi co kilka mil – wręcz przerażające; a cudzoziemca zadziwia, że komunikacja między nimi w ogóle jest możliwa, skoro linie kolejowe, z wyjątkiem głównych magistrali, nie rozwinęły się tam zbyt szeroko.

Jeśli jest coś, z czego Rosjanin jest dumny, to są to jego rzeki. I rzeczywiście są wspaniałe. Piękna Newa, z jej czystą, błękitną wodą płynącą ku Bałtykowi, jest jedną z najpiękniejszych rzek, jakie widziałem, a Wołga, która płynie na przestrzeni ponad 2400 mil, jest najdłuższą rzeką Europy. Klimat jest dla Anglika bardzo uciążliwy, gdyż zimą pozbawiony jest on możliwości uprawiania tego rodzaju ruchu, w którym celuje – głęboki śnieg czyni chodzenie niemożliwym. W Petersburgu pora chłodna trwa około sześciu miesięcy, to znaczy od końca września do początku maja. Newa bywa zwykle skuta lodem przez 160 dni w roku, a termometr często spada do dwudziestu dwóch stopni poniżej zera, ale dalej w głąb kraju jest znacznie zimniej. Słyszałem, że w miejscowości zwanej Plostow zamarzła rtęć, co oznaczało, że mróz wynosił co najmniej czterdzieści stopni poniżej zera. Wiosna i jesień są bardzo krótkie, a przejście od zimna do upału jest niezwykle gwałtowne. Miesiące letnie są bardzo gorące, a w niektórych miejscach upał jest niemal nie do zniesienia. Te skrajności czynią więc klimat bardzo ciężkim dla tych, którzy nie są przyzwyczajeni do jego zmian. Ale przynajmniej jedno można powiedzieć na jego korzyść: Rosjanie wiedzą, kiedy spodziewać się zmiany pogody, i ubierają się odpowiednio; lecz u nas w Anglii – cóż, lepiej w ogóle nie mówić o naszym „klimacie”, a cudzoziemiec może go sobie ganić, ile chce. Lud jest niezwykle prosty i prymitywny, ale ach! jakże smutnie niewykształcony. Człowiek ma wrażenie, że cofnął się o 200 lat, gdy znajduje się pośród nich. Chłopi – stanowiący około pięciu szóstych ludności – żyją we wspólnotach, czyli mirach. Podobnie jak Mackenzie Wallace (Russia), byłem przekonywany przez inteligentnych, wykształconych Rosjan, że „gmina wiejska stanowi praktyczne rozwiązanie wielu trudnych problemów społecznych, z którymi filozofowie i mężowie stanu Zachodu od dawna bezskutecznie się zmagali”, lecz – przyznaję, bez takich możliwości studiów i obserwacji, jakie miał on – doszedłem do wniosku, że nie rozwiązała ona tego problemu wcale. Uwłaszczenie chłopów było niewątpliwie krokiem słusznym i sprawiedliwym, ale podczas gdy zubożyło właścicieli ziemskich, nie uczyniło też biednych bogatszymi; i w żaden sposób nie poprawiło ich położenia społecznego. Z tego, co mogłem ustalić, chłopi mają się teraz gorzej niż wtedy, gdy byli pańszczyźnianymi. Pod zarządem swoich panów byli dobrze zaopatrzeni, mieli dach nad głową i wyżywienie. Dziś, posiadając własny niewielki kawałek ziemi, mają się nieskończenie gorzej – wyjąwszy to, że mają wolność – bo pracują lub uprawiają tylko tyle, by związać koniec z końcem i upić się raz w tygodniu. Nie mają żadnego wykształcenia, a bardziej nieszczęśliwych ludzi nigdy nie widziałem. Mieszkają w domach czy raczej lepiankach, do których – w niektórych przypadkach – my nie wprowadzilibyśmy nawet bydła, i z trudem mogą upaść jeszcze niżej. Są niezwykle religijni i przesądni, toteż nie dziwi, że pozostają całkowicie pod władzą księży, którzy często nie są od nich lepsi. Istotnie, jak mówi M. Melinkof w „tajnym” raporcie dla Wielkiego Księcia Konstantego o stanie duchowieństwa, bywają oni nawet gorsi, bo potrafią „ukraść pieniądze spod poduszki umierającego podczas spowiedzi” – stopień upadku, którego ledwie dosięga najuboższy chłop. Również moralnie stoją bardzo nisko, bo potrafią kłamać bez mrugnięcia okiem, a rubel skłoni ich do złożenia każdej przysięgi. To zepsucie – jak mnie poinformowano – nie jest rzadkością we wszystkich warstwach społeczeństwa, od chłopa wzwyż; łapówka bywa zwyczajnym środkiem dochodzenia do „prawdy”.

Rosyjskie „wyższe sfery” są z pewnością bardziej ekscytujące i wystawne niż w Anglii, ale raczej nie sprzyjają zdrowiu. Ludzie zaczynają „żyć” około północy, a „towarzystwo” najlepiej bawi się w małych godzinach nocnych. Wczesne wstawanie jest więc zupełnie nieznane, a ulubiona pora śniadania przypada około południa.

Nihilizm

Tak wiele powiedziano w tym kraju o nihilizmie i mamy tak błędne wyobrażenia co do jego zasięgu i organizacji, że krótka wzmianka na ten temat może nie być nieciekawa. Powszechnie przypuszcza się, że ci terroryści stanowią liczną i potężną grupę oraz że tak silnie wpłynęli na opinię publiczną, iż kraj stoi u progu rewolucji.

Pogląd taki jest całkowicie błędny. Nihiliści nie są ani potężni, ani liczni. Rekrutują się głównie spośród studentów, którzy, naruszywszy bardzo surowe przepisy uniwersyteckie – choć nie nazbyt surowe dla ludzi przestrzegających prawa i spokojnych – zostają z uczelni hańbiąco usunięci; a ponieważ rząd i wolne zawody zazwyczaj wchłaniają tych, którzy uniwersytety ukończyli, przed relegowanymi pozostaje jedynie głód albo agitacja polityczna. Trudno dokładnie określić, czego nihilista pragnie, ale przypuszcza się, że rozmaite zamachy na życie rosyjskich władców podejmowane są po to, by zmusić ich do nadania krajowi konstytucji. Nie roszczę sobie, rzecz jasna, pretensji do wielkiej znajomości tego zagadnienia, ale wydaje mi się, że stworzenie wybieralnego parlamentu ludu przy obecnym braku wykształcenia i zrozumienia wśród niego – a bardziej praworządnego i lojalnego ludu nie ma – jest absolutnie niemożliwe. Rosja pozostaje pod tym względem o stulecie lub więcej za swymi sąsiadami i uważam, że Car odgrywa odważną i szlachetną rolę, pozostając samowładcą dla dobra swego kraju, choć mógłby zapewnić sobie spokój i bezpieczeństwo, dając swym poddanym – lub niezadowolonej ich części – pożądaną konstytucję. Cóż to byłby za parlament, jeśli zważyć, że zdumiewająca niewiedza ludu – oraz powszechne przekupstwo i korupcja istniejące we wszystkich warstwach społeczeństwa – nie dawałyby żadnej gwarancji jego kompetencji ani uczciwości? Finlandia, Kurlandia i niektóre inne prowincje rosyjskie cieszą się prawem samorządu; lecz, o ile rozumiem, nie tylko zawsze pozostawały lojalne, ale mają też większe zdolności i większą przystosowalność do prowadzenia własnych spraw niż właściwi Rosjanie.

Syberia

Miałem szczęście pozostawać w osobistej znajomości – zarówno w tym kraju, jak i w Rosji – z urzędnikiem, który niedawno był gubernatorem Syberii, i od niego oraz od innych osób dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy na temat tego budzącego tak wielki lęk terytorium.

Okazuje się, że Syberia bynajmniej nie jest tym straszliwym miejscem, za jakie ją uważaliśmy. Wysyła się tam jedynie przestępców oraz nielicznych więźniów politycznych, którzy nie popełnili szczególnie ciężkich czynów; ważniejsi więźniowie polityczni trafiają do lochów twierdzy św. Piotra i Pawła pod Petersburgiem. Najgroźniejszych przestępców skazuje się do kopalń, lecz błędem jest sądzić, że przez całe lata nie oglądają światła dziennego. Przeciwnie, pracują osiem godzin dziennie i nie są traktowani gorzej niż nasi zwykli skazańcy. Zwykły przestępca rzeczywiście bardzo cierpi podczas deportacji na Syberię, ponieważ większą część drogi (a jest ona bardzo długa) musi pokonać pieszo; lecz gdy już znajdzie się na miejscu, jest praktycznie wolnym człowiekiem, z tym zastrzeżeniem, że nie wolno mu wrócić do cywilizowanej części kraju – choć wielu z nich to się udaje, jeśli ich przyjaciele zdołają dostarczyć im dostateczną ilość pieniędzy na ucieczkę. Wszystko, co musi robić, to zapewnić sobie własną pracą środki do życia. Powiedziano mi, że ponieważ koszt przewiezienia jednego więźnia przekracza 30 funtów, rząd rozważa zaprzestanie wykorzystywania Syberii jako kolonii karnej.

Tak więc, krótko i niedoskonale, naszkicowałem ogólny obraz życia i polityki rosyjskiej, a teraz przejdę do moich doświadczeń związanych ze spirytyzmem, jako bardziej osobiście interesujących dla czytelników.

Spirytyzm w Rosji

Niedawno opublikowano w „Light” artykuł znanej rosyjskiej damy, wyróżniającej się na polu literatury, zawierający zarys dziejów powstania i rozwoju spirytyzmu w tym kraju. Być może mogłaby szerzej omówić ten temat, gdyby miała pewność, że przydzielono jej więcej miejsca, ale i tak podała bardzo trafny obraz ruchu, tak jak go rozumiała; a że od wielu lat była blisko związana ze spirytyzmem, była kompetentna do wyrobienia sobie opinii w tej kwestii. Mogła jednak dodać, że powolność, z jaką idee posuwają się naprzód w jej kraju, a w konsekwencji dominujący wpływ Kościoła, sprawiały, iż ludzie chętnie przyjmowali wszystko, co nowe i co mogłoby ich wyzwolić z ich skrajnej ortodoksji. Znalazłem więc dobry grunt do pracy; ludzi łaknących tej prawdy i racjonalizmu, których nie odnaleźli w Kościele greckim. Moja wizyta w Rosji w ubiegłym roku miała w praktyce charakter prywatny, ponieważ krąg w Moskwie, pod przewodnictwem śp. M. Nicolasa Looffa, zatrudnił mnie wyłącznie na sześć tygodni w tym mieście; w tym czasie miałem jednak sposobność spotkać najbardziej znane osoby tamtejszego społeczeństwa, z których wiele to gorliwi spirytualiści. Mój przyjaciel, M. Alexander Aksakof, zorganizował także mój miesięczny pobyt u siebie w Petersburgu w celu badań naukowych, tak że przy tej okazji nie miałem sposobności dać rosyjskiej publiczności szansy oglądania zjawisk towarzyszących mojej obecności. Wizyta ta posłużyła jednak do utorowania drogi mojej pracy w bieżącym roku; znakomite listy napisane przez śp. profesora Butlerowa (nad którego gorliwszego obrońcę naszej sprawy nikt nigdy nie żył, a którego straty nie da się przecenić) oraz profesorów Wagnera i Dobrosławina wzbudziły możliwie największe zainteresowanie tematem. Ta wizyta, połączona z opublikowaniem w „Rebusie” przez M. Aksakofa jego późniejszych eksperymentów fotograficznych w Londynie, spowodowała szerszą i silniejszą gotowość do ponownego przyjęcia mnie w rosyjskiej stolicy. Toteż po odwiedzeniu Monachium i Węgier przybyłem do Petersburga po raz drugi w lutym tego roku.

Być może wypada, abym w tym miejscu publicznie wyraził wdzięczność M. Aksakofowi, pannie Prebitkof, Jej Ekscelencji Madame Sabouroff, kapitanowi Prebitkofowi, księciu Nicolasowi Bogrationowi, baronowi Schlichtingowi, księciu Mingrelii, generałowi Racoussa-Souchtevsky’emu, admirałowi Crownowi i wielu innym za wielką życzliwość i gościnność okazywane mi podczas pobytu w stolicy, dzięki którym ważna praca, jaką miałem wykonać, została znacznie ułatwiona. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny od mojego przybycia do Hotel de Paris (którego, nawiasem mówiąc, podróżnym radzę starannie unikać, bo bardziej niewygodnego hotelu – choć uchodzi za jeden z najlepszych – nigdy nie widziałem), a byłem dosłownie oblegany przez odwiedzających wszelkich stanów. Pojawiła się trudność, jak wybrać spośród rozmaitych osób ubiegających się o moje usługi, i pod tym względem M. Aksakof oddał mi wielką przysługę.

Pierwsze seanse w Petersburgu

Mój pierwszy seans odbył się w rezydencji barona Schlichtinga, a obecni byli jako uczestnicy: książę Mingrelii (stary przyjaciel Home’a), pułkownik Ridevsky (adiutant wielkiego księcia Mikołaja), książę Bogration, M. Zasiadko (paź cesarza) i inni. Co dziwne, Rosjanie wykazywali upodobanie do seansów w ciemności, zapewne dlatego, że dopuszczają one większą liczbę uczestników niż seanse psychograficzne; tak więc przy tej, jak i przy innych okazjach, byłem wbrew własnej woli zmuszony odstąpić od mej zwykłej zasady. Nie ma potrzeby szczegółowo omawiać zjawisk znanych czytelnikom „Light”, ale wystąpiło kilka manifestacji bardziej niż zwykle interesujących, które wywołały wielką sensację i – jak sądzę – przekonały wszystkich obecnych.

Po tym seansie gazety zaczęły zamieszczać najbardziej niedorzeczne i skrajnie absurdalne twierdzenia na temat cudów, jakich rzekomo mogłem dokonywać; niektóre posuwały się tak daleko, że pisały, iż jednym ruchem ręki mogę sprawić, by woda wdarła się do pokoju i by jej poziom rósł lub malał wedle woli; inne znów, że mogę sprawić, by rosły lasy, albo że mogę spowodować zniknięcie mego ciała z jednego pokoju i pojawienie się go w innym – i inne równie niedorzeczne historie. Sam fakt, że prasa rosyjska w ogóle życzliwie wspominała o spirytyzmie, był rzeczą wielką, lecz z pewnością nie byłem przygotowany na rozgłos, jaki przyniosły mi te doniesienia. Dosłownie nie miałem spokoju w hotelu, bo każdy miał tam do mnie dostęp, lecz na szczęście z pomocą przyszedł mi pewien dżentelmen, którego poznałem w Anglii przed rokiem, dr S. Linn. Oferując mi gościnę w swej wspaniałej rezydencji, oszczędził mi wiele zmęczenia i przykrości, łaskawie podejmując się przyjmować moich gości za mnie i w ten sposób oddzielać zwykłą ciekawość od naprawdę poważnych poszukiwaczy. Temu dżentelmenowi, jak również jego bratu, dr. B. Linnowi, i jego ujmującej małżonce, winien jestem wiele życzliwości i uprzejmości.

Seans następował po seansie w szybkim tempie, a wśród uczestników (z których wielu to zadeklarowani spirytualiści) byli: Madame Bebikoff, ambasador Rumunii, książę Michael Ghika, baron Meindorff, książę Ourousoff, M. Molianoff (mistrz ceremonii wielkiego księcia Michała), księżna Galitzchin, hrabia Gaidon, M. Gedenoff, pułkownik Rogovsky (adiutant wielkiego księcia Oldenburga), M. Zeieony (adiutant cesarza), ambasador włoski, hrabia Greppe, ambasador holenderski, księżna Orbeliani, hrabina Rehbinder, hrabia Stenbock (adiutant wielkiego księcia Sergiusza), księżna Dołgoruki, książę Demidow, hrabia Soumarakoff, hrabia Lamsdorff, ambasador hiszpański, książę Belosselsky, książę Gortchakoff, książę Speransky, księżna Barriatinsky, książę Leuchtenbergu, generał Ignatieff, książę Barclay de Tolly, książę Gagarin, książę Orloff, generał Peters, Madame Minckwitz, markiz de Camposagrado, generał Gerbine, Madame Jeliofsky (siostra Madame Bławatskiej), profesor Paschutin, markiz Parulachi, książę Mestchersky, profesorowie Wagner i Dobroslavin, hrabia Schulenberg oraz mnóstwo innych, równie znakomitych i dobrze znanych osób. Aby sprostać wszystkim żądaniom mojego czasu, trzeba by było zmaterializować jeszcze kilku Eglintonów. Po tych posiedzeniach nadeszło zaproszenie do dania seansu w pałacu wielkiego księcia Konstantego, które zakończyło się pełnym powodzeniem. Następnie zaproszono mnie do pałacu wielkiego księcia Oldenburga, gdzie księżna, będąca doskonałym medium, bardzo dopomogła swą siłą.

Seans w pałacu Jego Cesarskiej Wysokości Wielkiego Księcia Aleksego

Następny wieczór spędziłem w teatrze, gdzie – mogę dodać – moja obecność była przedmiotem krytyki niemal w takim samym stopniu jak występy poszczególnych aktorów; i chociaż rosyjskie teatry nie kończą przedstawień aż do późnych godzin nocnych, otrzymałem polecenie od Jego Cesarskiej Wysokości Wielkiego Księcia Aleksego, brata Cesarza, aby mimo to dać seans. Było nas łącznie ośmioro; uczestnikami byli: Wielki Książę, jego brat Wielki Książę Włodzimierz i Wielka Księżna Włodzimierz, hrabia Ardleberg, hrabina Bohanoff i inni.

Podczas tego seansu wystąpiło jedno uderzające zjawisko, które warto odnotować. Jej Cesarska Wysokość Wielka Księżna Włodzimierz siedziała obok mnie w ciemności, trzymając mnie za rękę, gdy nagle zaczęła unosić się w powietrze – krzycząc przy tym. Ponieważ wznosiła się coraz wyżej, byłem zmuszony puścić jej dłoń, a po powrocie na miejsce oznajmiła, że została przeniesiona nad stołem, choć nic się z nią nie stykało. A propos tego seansu – posiadam kopertę z nadrukiem „Palais Vladimir”, której zamknięcia opatrzone są pięcioma pieczęciami.* Wielki Książę Włodzimierz przyniósł tę kopertę, w której znajdował się nowy banknot, a jego numer – nieznany jemu samemu – został poprawnie zapisany pomiędzy dwiema tabliczkami, bez otwierania koperty aż do zakończenia seansu. Tę kopertę mogą obejrzeć ciekawi; stanowi ona znamienną i uderzającą odpowiedź na niektóre niedawne zarzuty domagające się warunków wymagających „ciągłej obserwacji”. Jako przykład tego, jak późne godziny utrzymują Rosjanie, dodam, że kolacja po seansie, na którą Wielki Książę Aleksy zaszczycił mnie zaproszeniem, zakończyła się dopiero o 5 rano.

* Tę kopertę można oglądać w salach London Spiritualist Alliance.


Seans z Cesarzem i Cesarzową Rosji

Tego samego ranka poinformowano mnie, że Car zażyczył sobie, abym dał seans w następny piątek, i pragnąc osiągnąć możliwie najpełniejszy sukces, odmówiłem wszystkich seansów w międzyczasie – co, jak się przekonałem, nie było łatwe, gdy osoby wysokiego stanu zasypywały mnie zaproszeniami. Aż do ostatniej chwili trzymano mnie w nieświadomości co do miejsca seansu; dopiero wtedy cesarskie sanie zajechały pod moje mieszkanie i zabrały mnie, w przenikliwą śnieżną zawieję, do pałacu Wielkiego Księcia Oldenburga.

Niezbyt często Anglikowi przypada w udziale ujrzeć Cara Rosji i choć do tej pory byłem już oswojony z osobami królewskiego rodu, przyznaję, że odczuwałem niezwykłą nerwowość na myśl, iż za chwilę osobiście poznam Cara Wszech Rosji. Dzień wcześniej M. Aksakof i ja, chcąc zachować pewne pamiątki z tego seansu, przeszukiwaliśmy Petersburg w poszukiwaniu odpowiednich tabliczek; znalazłszy takie, które nadawały się do celu, zabrałem ich sporą liczbę do pałacu. Wyobrażałem sobie, że pakunek zostanie otwarty i przeszukany przez służbę z obawy, że może zawierać dynamit, lecz ku memu zdziwieniu, gdy wysiadłem z sań, nie dostrzegłem najmniejszego śladu obecności kogokolwiek, kto chroniłby Jego Cesarską Mość przed straszliwymi nihilistami, o których tyle słyszałem; poza zwykłymi wartownikami stojącymi przy bramach pałaców królewskich nie było żadnej dodatkowej straży.

Przyjemna wymiana zdań z księciem i księżną Oldenburga, ich utalentowanym synem oraz innymi znakomitościami poprzedziła zapowiedź przybycia Cesarza i Cesarzowej. Poza pośpiesznym przebiegnięciem przez salon naszego gospodarza i gospodyni, by powitać Ich Cesarskie Mości, oraz ustawieniem się zgromadzonych gości w szeregu, nie okazano większej ostentacji niż w zwykłym salonie.

Cesarzowa weszła pierwsza – place aux dames – drobna, szczupła kobieta, bardzo podobna do swojej siostry, księżnej Walii, lecz pozbawiona jej urody. Za nią wszedł prawdziwy olbrzym, mężczyzna mierzący zapewne sześć stóp i trzy lub cztery cale wzrostu, a przy tym proporcjonalnie postawny – w sumie niezwykle okazały przykład zdrowej męskości. Ubrany w zwykły wojskowy surdut, zaledwie z dwoma orderami, z szablą zwisającą u boku, stał przede mną ów straszny Car Rosji – ten „pożeracz ludzi” i ognisty monarcha, którego samowładna wola miała napawać tysiące drżeniem! A jednak jak bardzo jego twarz przeczyła opinii, jaką o nim wyrobiliśmy sobie, bo każda jej linia mówiła o prostocie, serdeczności i uprzejmości, które odpędzały wszelką myśl o krzywdzie czy surowości. Wysoce inteligentna głowa, z wielkim czołem i wydatnymi łukami brwiowymi; oczy bystre i spostrzegawcze, a zarazem łagodne, o wyrazie zdradzającym dobroduszną naturę właściciela; nos niezbyt kształtny i nieco rozszerzający się; usta niezdradzające najmniejszych śladów zmysłowości; oraz broda świadcząca o wielkiej stanowczości – taki był mój mentalny portret tej potężnej osoby, w której obecności wówczas stałem.

Po powitaniu przyjaciół i znajomych zostałem należycie przedstawiony Ich Mościom. Cesarz wystąpił naprzód, uścisnął mi dłoń tak mocno, że aż się skrzywiłem, i powiedział dobrą angielszczyzną: „Cieszę się, że mam przyjemność pana poznać, sir.” Cesarzowa podeszła i jedynie się ukłoniła. Towarzyszyli im Jego Cesarska Wysokość Wielki Książę Włodzimierz oraz Ich Cesarskie Wysokości Wielki Książę i Wielka Księżna Sergiusz, przy czym księżna była wnuczką Królowej i silnie przypominała ją rysami twarzy.

Po pewnym czasie spędzonym przy herbacie, podczas którego zarówno Cesarz, jak i Cesarzowa prowadzili ze mną rozmowę – z której dowiedziałem się wiele o ich związkach ze spirytyzmem, ale czego z oczywistych względów nie wolno mi tu ujawniać – Cesarz poprosił mnie, bym dał seans w ciemności, zamiast seansu psychograficznego, który proponowałem. Oczywiście się zgodziłem i grupa dziesięciu osób, w tym Ich Cesarskie Mości, przeszła do sąsiedniego pokoju.

Po mojej lewej stronie siedziała Cesarzowa, a po prawej Wielka Księżna Oldenburga. Na lewo od Cesarzowej siedzieli: Wielki Książę Oldenburga, Car, Wielka Księżna Sergiusz, Wielki Książę Włodzimierz, generał Richter, książę Aleksander Oldenburga i Wielki Książę Sergiusz. Gdy wszyscy chwycili się za ręce – Cesarzowa mocno trzymała moją lewą dłoń – zgaszono światła. Wkrótce nastąpiły manifestacje, z których najbardziej uderzający był głos zwracający się do Cesarzowej po rosyjsku i prowadzący z nią rozmowę przez kilka minut. O czym mówiono, rzecz jasna powiedzieć nie mogę, gdyż moja znajomość rosyjskiego, podobnie jak niemieckiego – jak mawia mój przyjaciel baron du Prel – „nie jest warta wzmianki”.

Następnie widziano, jak między Wielkim Księciem Sergiuszem a księżną Oldenburga materializuje się kobieca postać, ale pozostała tylko krótko, po czym zniknęła. Pomijam opis mniej uderzających zjawisk, ponieważ są one dobrze znane badaczom spirytyzmu, ale warto odnotować, że ogromna pozytywka, ważąca co najmniej czterdzieści funtów, została obnoszona wokół kręgu, aż spoczęła na ręce Cesarza, który musiał zawołać, by ją zabrano – co natychmiast uczyniono.

Przez cały ten czas liczne pierścienie na dłoni Cesarzowej czyniły niemałe spustoszenie na mojej skórze, aż musiałem prosić, by nie ściskała mnie tak mocno. Zacząłem unosić się w powietrze, a Cesarzowa i księżna Oldenburga podążyły za mną. Zamieszanie było nie do opisania, gdy wznosiłem się coraz wyżej, a obie moje sąsiadki wspinały się na krzesła, jak tylko mogły. Dla zachowania równowagi psychicznej medium nie było to zbyt korzystne, wiedzieć, że Cesarzowa wykonuje takie akrobacje i może sobie zrobić krzywdę; wielokrotnie prosiłem więc podczas mego „lotu”, by pozwolono przerwać seans. Wszystko na próżno – unosiłem się dalej, aż moje stopy zetknęły się z dwiema parami ramion, na których spocząłem, a które później okazały się należeć do Cesarza i Wielkiego Księcia Oldenburga. Jak ktoś żartobliwie zauważył potem: „To był pierwszy raz, kiedy Cesarz Rosji znalazł się pod czyjąś stopą!”

Gdy opadłem, seans zakończono; byłem całkowicie wyczerpany, a pozostali zachwyceni. Cesarzowa przez cały czas zachowywała wielki spokój i rozwagę, a nawet poprosiła, by przeniesiono ją razem ze mną do sąsiedniego pokoju! Z reguły stwierdzam, że panie są podczas seansów w ciemności znacznie odważniejsze niż panowie. Mimo powodzenia zarówno Cesarz, jak i Cesarzowa prosili, abym od razu dał im jeszcze jeden seans w ciemności, lecz musiałem odmówić z powodu osłabienia. Zaproponowałem natomiast seans pisania na tabliczkach, na co Ich Cesarskie Mości łaskawie wyraziły zgodę.


Uderzający seans psychograficzny z Ich Cesarskimi Mościami

Nastąpiła przerwa na nieodłączną herbatę, po czym wznowiliśmy posiedzenie, które okazało się niezwykle doniosłe, a być może nawet historyczne. Tym razem, oprócz mnie, były tylko cztery osoby: Cesarz i Cesarzowa oraz Wielki Książę i Wielka Księżna Sergiusz.

Przeprowadzono różne doświadczenia; jedno z nich, często już wykonywane, polegające na zażądaniu czterech cyfr w czterech różnych kolorach – przy czym uczestnicy sami wybierali kolor – powiodło się doskonale.* Potem nastąpił punkt kulminacyjny tego seansu. Po uzyskaniu rozmaitych odpowiedzi na zadawane pytania Cesarz złożył razem dwie czyste tabliczki, a on, Cesarzowa i ja trzymaliśmy je nad stołem. Wkrótce usłyszano dźwięk pisania i po otwarciu tabliczek okazało się, że jedna z nich jest zapełniona pismem osoby doskonale mi znanej. Nie mogę tu ujawnić treści tego komunikatu, lecz ponieważ jest ona znana w Rosji, a także nielicznym osobom w tym kraju, mogę przynajmniej powiedzieć, że dotyczyła wydarzenia, które nastąpiło kilka dni później i które stało się już faktem historycznym. Prawdopodobnie ta tabliczka – przechowywana do dziś – będzie w przyszłych pokoleniach przywoływana jako uderzający przykład mocy ducha do prorokowania. Ich Cesarskie Mości byli tym komunikatem głęboko poruszeni i zapadło bolesne milczenie.

Na szczęście Wielki Książę Włodzimierz, oddawszy pod opiekę Cara zapieczętowaną kopertę zawierającą banknot, pozwolił mi przerwać ciszę propozycją uzyskania zapisu numeru banknotu. Car umieścił ją pomiędzy moimi tabliczkami z zamkiem Brahma, a Caryca wybrała kawałek czerwonej kredki. Tabliczka spoczywała pod rękami Cesarza i Wielkiej Księżnej. Gdy usłyszeliśmy pisanie, tabliczkę otwarto i znaleziono w niej numer 716,990. Po otwarciu zewnętrznej koperty okazało się, że numer zgadza się z numerem banknotu.† Wstając z krzesła i serdecznie ściskając mi dłoń, Cesarz powiedział: „To doprawdy cudowne i bardzo panu dziękuję za to, że był pan środkiem, dzięki któremu pokazano mi takie manifestacje.”

Wszyscy byli zachwyceni – może ja najbardziej – choć zarazem nieco przygnębieni wydarzeniami tego wieczoru i straszliwie wyczerpani. Półgodzinna rozmowa z Ich Cesarskimi Mościami zakończyła ten pełen wydarzeń wieczór, a ja pospiesznie udałem się w późnych godzinach nocnych do M. Aksakofa, mając przy sobie wszystkie tabliczki, na których wykonywaliśmy doświadczenia. Zostały one później rozdane moim przyjaciołom jako pamiątki tej okazji.

Na tym opisie mojego pierwszego seansu z Cesarzem i Cesarzową Rosji muszę poprzestać i pośpiesznie przejść do innych wydarzeń i seansów, by nie nużyć czytelnika. Ponieważ nie nałożono żadnych ograniczeń co do publikowania relacji z wyżej opisanego posiedzenia – poza tym, co naturalnie pozostawiono mojemu dobremu smakowi i osądowi – nie waham się ich upublicznić; co do innych spotkań nie mogę się jednak wypowiadać. Mogę natomiast dodać, że przed opuszczeniem Rosji otrzymałem w darze piękną parę kolczyków-sztyftów z diamentów i szafirów (solitaires), które noszę na znak i pamiątkę opisanych wydarzeń oraz zaszczytu, jaki się z nimi wiązał.

* Oryginalną tabliczkę, wraz z ołówkami wybranymi przez Ich Cesarskie Mości i Wysokości, można obecnie oglądać w salach London Spiritualist Alliance.
† Tę kopertę również można oglądać w salach London Spiritualist Alliance.

Rosnące zapotrzebowanie na badania

Jak można przypuszczać, gdy wieść o tym posiedzeniu rozeszła się szeroko, byłem bardziej rozchwytywany niż kiedykolwiek. Towarzystwo zwykle podąża za swymi przywódcami jak stado owiec. Nawet w szczycie sezonu londyńskiego, i to w kraju, gdzie jestem dobrze znany, nigdy nie otrzymałem tylu zaproszeń – nierzadko od dwudziestu do pięćdziesięciu w ciągu jednego dnia. Oczywiście nie wszystkie były prośbami o seanse. Nawet iluzjoniści złożyli mi pośredni komplement z powodu mego powodzenia; jeden z nich, Beautier de Kolta (kuzyn i były menedżer słynnego Beautier de Kolty z Egyptian Hall), odwiedził mnie specjalnie po to, by zaproponować, że zostanie moim menedżerem. Wydawał się nieco zdumiony, gdy powiedziałem mu, że żadne medium nie potrzebuje menedżera, że wykonuję całą pracę sam i podróżuję bez wspólników oraz bez aparatury. „Ach – zauważył – to szczyt doskonałości, którego my, iluzjoniści, jeszcze nie osiągnęliśmy”.

Być może błędem ze strony mego przyjaciela M. Aksakofa było, w zaistniałych okolicznościach, zorganizowanie serii seansów dla twardogłowego grona uczonych – zważywszy na wielkie zmęczenie, jakie znosiłem, dodatkowo boleśniejsze w tym okresie z powodu urazu lewej stopy, przez który mogłem poruszać się jedynie, kuśtykając w pantoflu. Pomimo jednak mojego życzenia, by odłożyć te posiedzenia na bardziej sprzyjającą okazję, M. Aksakof uznał, że powinniśmy wykorzystać szansę, póki ci ludzie są skłonni do badania zjawisk. Tak więc zorganizowano i przeprowadzono serię seansów. Wyniki nie były olśniewające, lecz potwierdziły doświadczenia i eksperymenty z roku poprzedniego, prowadzone z udziałem części tych samych osób.

Inne seanse w pałacach królewskich

Nazajutrz po pierwszym seansie z Cesarzem dałem seans w pałacu Wielkiego Księcia Sergiusza; obecni byli Wielka Księżna, hrabia Stenbock, pułkownik Stepanoff, hrabia Soumarakoff oraz kilka innych osób. Wyniki były równie zadowalające jak podczas poprzednich seansów. Ponownie Wielki Książę Aleksy zaszczycił mnie zaproszeniem do swego pałacu; obecni byli Ich Cesarskie Wysokości Wielki Książę i Wielka Księżna Włodzimierz, Wielki Książę Aleksy, Ich Królewskie Wysokości książę i księżna Meklemburgii-Schwerinu etc., etc. Również i przy tej okazji odnieśliśmy znakomity sukces, a ja otrzymałem serdeczne podziękowania i gratulacje od wszystkich.

Ogółem Wielki Książę Aleksy uczestniczył w czterech moich seansach; najciekawszym z nich był, jego zdaniem, ten, który odbył się u ambasadora Hiszpanii, gdzie różne zjawiska miały miejsce przy stole podczas kolacji. Zanim opuściłem miasto, otrzymałem od Jego Cesarskiej Wysokości piękny podarunek – stary srebrny puchar do toastów, kunsztownie wykonany – który prosił mnie „zachować na pamiątkę po nim”.

Seanse z M. de Giersem i Wielką Księżną Włodzimierz

Być może jednym z najmilszych epizodów moich rosyjskich doświadczeń było spotkanie z M. de Giersem, wielkim ministrem spraw zagranicznych. Spirytualista od wielu lat, ojciec dwóch synów-mediów, sam podejmujący – z pewnym powodzeniem – próby fotografii transcendentalnej; można więc uznać za dalszy ciąg mojego szczęścia to, że zostałem serdecznie przyjęty w jego pałacu i zachowuję wiele miłych wspomnień o jego utalentowanej rodzinie. Jego wieczory muzyczne były dla mnie szczególną przyjemnością, kiedy to w zaciszu domu rozmawiał swobodnie o różnych sprawach wielkiego znaczenia. Gdybym miał wyrazić moje wrażenie o tym błyskotliwym człowieku, powiedziałbym, że jest zbyt uczciwy, by być ministrem. Żaden dyplomata nie może sobie politycznie pozwolić na taką uczciwość, stąd ataki nieustannie kierowane przeciw niemu przez stronnictwo Katkowa. Sam Katkow jest zresztą – jak mnie wiarygodnie poinformowano – od dawna spirytualistą.

Seans następował po seansie, raz po raz z udziałem osób królewskiego rodu; Wielka Księżna Włodzimierz zaszczyciła mnie swą obecnością aż siedem razy, uczestnicząc w moich posiedzeniach. Ciekawe, że na seansach dominował żywioł wojskowy, lecz może tłumaczy się to tym, że skoro Rosja ma tak ogromną armię, musi siłą rzeczy posiadać również wielką liczbę oficerów. Jeden z najciekawszych seansów odbył się w domu generała Gressera, szefa policji, który własnoręcznie aresztował człowieka niosącego bomby przeznaczone do zgładzenia Cara.

Opozycja prasy

Oczywiście ten ferment, jaki zapanował w towarzystwie wokół spirytyzmu, musiał przyciągnąć uwagę gazet, które zaczęły obawiać się nadmiernego rozgłosu, jaki mi nadały. Ponieważ jeden czy dwóch metropolitów Kościoła szukało ze mną rozmowy, natychmiast podniesiono okrzyk: „Kościół jest zagrożony!”, i odtąd gazety – które w szczególności prowadzą rosyjską opinię publiczną – zaczęły obrzucać mnie obelgami, po tym jak wcześniej usiłowały mnie „pogrążyć” swoją przesadną pochwałą. Wtedy powstały przysłowiowe dwie strony: jedna „za”, druga „przeciw”, i w takim stanie rzeczy ich pozostawiłem.

Mogłem pozostać w Petersburgu przez rok i mieć dość zajęcia, lecz wcześniejsze ustalenia z przyjaciółmi z Moskwy sprawiały, że nie mogłem zbyt długo wystawiać na próbę ich życzliwości i cierpliwości.

I tak po dwóch miesiącach ciężkiej pracy w rosyjskiej stolicy wyjechałem 3 kwietnia do Moskwy, gdzie następnego ranka powitali mnie moi przyjaciele z ubiegłego roku.

Wizyta w Moskwie

Miałem zamiar pozostać w Moskwie przez dłuższy czas, lecz nagłe odejście Prezesa Towarzystwa pokrzyżowało wszystkie nasze plany i wróciłem do Anglii po zaledwie dwóch tygodniach pobytu w tym mieście. Życzliwość i wielka gościnność, z jakimi wszędzie spotykałem się w Rosji, szczególnie ze strony moich moskiewskich przyjaciół – wśród których mogę wymienić pułkownika Blagonravoffa, M. Theodore’a Lvoffa, M. Maytoffa, M. Kludoffa, pułkownika i panią Greek, M. Blagoia i innych – pozostawiły we mnie jedynie pragnienie ponownego odwiedzenia tego kraju, co być może uczynię w niedalekiej przyszłości; nie potrafię jednak w tej chwili powiedzieć, czy w charakterze zawodowego medium.

Sądzę, że mogę zaryzykować stwierdzenie na zakończenie, iż w Rosji dokonano dzieła, którego skutkiem było postawienie spirytyzmu na trwałej i solidnej podstawie. „Rebus”, pismo poświęcone spirytyzmowi, znakomicie redagowane i wspierane odpowiednio przez kapitana Prebitkofa i M. Aksakofa, stale zwiększa swój wpływ i nakład, lecz doznało ciężkiego ciosu – podobnie jak cały nasz ruch – gdy jego główny współpracownik, śp. profesor Boutlerof, przeszedł do wyższego życia. Jednak w Rosji, jak wszędzie indziej, sprawie brakuje tego wsparcia finansowego, które jako jedyne może pomóc utrzymać jej użyteczność i zwiększać jej wpływ; co tym bardziej dziwne, jeśli pamiętać, że tak wielu bogatych i znakomitych członków społeczeństwa otwarcie i czynnie wyznaje wiarę w spirytyzm.

Nie brak jednak oznak, że egoizm, który tak długo hańbił naszą sprawę w Anglii, jak i w innych krajach, ustępuje miejsca bardziej aktywnemu pragnieniu, by każdy wniósł swój udział – pomocą lub pracą – dla wspólnego dobra. Miejmy nadzieję, że okres ten jest bliższy, niż nam się dziś wydaje!

źródło: A MEDIUMS EXPERIENCES IN RUSSIA; LIGHT – Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, June 11, 1887.