Do Redaktora „Light”.
Szanowny Panie, – będę błogosławił dzień, w którym oddałem się pod opiekę tego potężnego, doświadczonego i sumiennego uzdrowiciela, pana D. Youngera z 23, Ledbury-road, Bayswater, London. Przez cztery lata ciężko cierpiałem z powodu chorego kręgosłupa, z wykrzywieniem w dolnej części oraz silnymi, trzeszczącymi bólami w górnej części, w miejscu połączenia kręgosłupa z mózgiem, a także z innymi powikłaniami, niewątpliwie z tego wynikającymi, które czyniły mnie zupełnie niezdolnym do pracy. Choć miałem zaledwie dwadzieścia trzy lata – wiek, w którym życie powinno być najbardziej radosne – dla mnie było ono wielkim ciężarem, a przyszłość wydawała się beznadziejną pustką.
Próbowałem wszelkich środków, które dawały choć cień nadziei na ulgę. Oddałem się pod opiekę kilku lekarzy i połykałem ogromne ilości lekarstw, czego skutkiem było to, że stawałem się stopniowo, lecz nieuchronnie, coraz gorszy, a moja siła fizyczna bardzo się zmniejszyła. Moi lekarze nie mogli pojąć, dlaczego nie pojawiły się jeszcze ataki, skoro miałem niemal wszystkie ich objawy. Ponieważ jednak medykamenty nie przynosiły ulgi, poszedłem za radą Szekspira, by „rzucić to psom”, i udałem się do bardzo dobrego zakładu hydropatycznego. Pozostałem tam, aż ledwo mogłem chodzić, i wróciłem do domu w gorszym stanie, niż gdy wyjeżdżałem.
Wtedy niektórzy z Pańskich czytelników polecili mi spróbować uzdrawiania przez nakładanie rąk. Idąc za ich radą, przyjechałem do Londynu i oddałem się pod opiekę pewnego wówczas sławnego uzdrowiciela, który zamiast mnie leczyć – i jak później się dowiedziałem, zamiast stosować prostą, naturalną i, jak dziś w pełni wierzę, jedynie skuteczną metodę leczenia – poddawał mnie działaniu maszyny. To nieszczęsne postępowanie nie tylko pogorszyło mój stan, ale na pewien czas odebrało mi wszelką nadzieję i sprawiło, że płomienne relacje mojego przyjaciela uznałem przynajmniej za złudzenie. Gdy jednak opowiedziałem przyjacielowi, jakiemu leczeniu zostałem poddany, od razu doszedł do wniosku, że trafiłem w niewłaściwe ręce, a ponieważ posiadał znaczną wiedzę o mesmeryzmie, dodał mi otuchy i powierzyłem się – nie bez poważnych wątpliwości – opiece pana D. Youngera. Dzięki Bogu, uczyniłem to, bo nie tylko przywrócił mi doskonałe zdrowie i siły, ale podczas sześciu miesięcy, które spędziłem w jego domu, doświadczałem dzień po dniu tak cudownych przejawów obecności i mocy Duchów, że zdawało mi się, iż żyję z dala od ziemi, na górskim szczycie, skąd mogłem oglądać Ziemię Obiecaną i fizycznymi zmysłami urzeczywistniać największą ze wszystkich prawd, mianowicie tę, że ukochane osoby, które uznaliśmy za utracone, nadal żyją i wciąż są wokół nas, nie pozostawiając żadnej wątpliwości co do naszej własnej wiecznej przyszłości.
Widzi Pan więc, drogi Panie, że nie tylko odzyskałem zdrowie, ale i szczęście. Widziałem też, jak pan Younger dokonywał najbardziej zdumiewających uzdrowień, najwyraźniej bez wysiłku, a z pewnością bez jakichkolwiek mechanicznych urządzeń; nie potrzebuje on bowiem takich nowinek, tak samo jak żaden inny prawdziwy uzdrowiciel. Jestem głęboko przekonany, po moich doświadczeniach z nim, że jeśli ta dana z nieba moc – nazwijmy ją mesmeryczną, magnetyczną, czy jak kto woli – zostanie właściwie zastosowana przez naturalnego uzdrowiciela, jest zdolna dokonywać trwalszych uzdrowień w krótszym czasie, z większą pewnością i mniejszym obciążeniem dla pacjenta, niż wszystkie inne systemy, w których stosuje się leki lub urządzenia mechaniczne. Jestem całkowicie przekonany, że czysta moc uzdrawiania może być przekazywana jedynie przez jej naturalne kanały, z których najważniejszym jest ręka kierowana wolą. Wpływ przekazany w ten sposób nie tylko przywraca równowagę sił życiowych, ale daje nową moc życia szczęśliwemu odbiorcy. Nie wierzę też, by było to ograniczone do jakichś szczególnych przypadków, lecz że wszelkie cierpienia i bóle mogą zostać rozproszone, a trwałe zdrowie przywrócone zarówno ciału, jak i umysłowi; i że przez rozwijanie mocy tkwiących w nas samych możemy wszyscy przekazywać sobie nawzajem tę piękną siłę życia, a tym samym unosić się wzajemnie ku niebu, wzmacniać słabości jedni drugich oraz czynić siebie i innych bardziej szlachetnymi, czystymi, zdrowymi i szczęśliwymi. Oto więc praca dla wszystkich – wspaniały bodziec, by uczynić z życia jakiś rzeczywisty użytek dla fizycznego i duchowego podźwignięcia siebie i innych.
Cała medycyna i wszystkie maszyny w Europie nie zdołają uzdrowić, ani wszyscy kapłani chrześcijaństwa dokonać tego, do czego przeznaczony został żywy ludzki magnetyzm czy współodczuwanie. Nie ma on zamiennika. Ekonomiści polityczni i pozytywistyczni materialiści mogą rozprawiać o samopomocy, wolności jednostki itd., lecz żal mi człowieka, który nigdy nie odczuł uszlachetniającego wpływu człowieka lepszego od siebie, o czystszym umyśle i zdrowszym ciele. Niewiele wie on o cnocie, która przechodzi z ręki zdrowego, dobrego człowieka, albo z jego samej obecności – czy to w warsztacie, czy w pałacu. Jest to ta sama moc, która przeszła z Piotra na chromego u bramy; ta sama, która wyszła od Jezusa ku ubogiej kobiecie i uczyniła ją zdrową; ta sama, która podniosła upadłą Magdalenę do wysokiego stanu duchowości; ta sama moc, którą Paweł przekazywał przez chustki i fartuchy i która dziś jest równie poddana ludzkiej woli, jak była w tamtych odległych czasach. Ktokolwiek w to wątpi, niech spróbuje sam. Jest ona dostępna wszystkim, w większym lub mniejszym stopniu, wraz ze wszystkimi innymi darami duchowymi; i powiedziałbym wszystkim: szukajcie ich w dobrej wierze, z uczciwym i szlachetnym zamiarem, by wszystko badać, wszystkiego doświadczać i trzymać się tego, co dobre.
F. Cpmbbkpatoh
100, Redcliff-street, Bristol
źródło: SIX MONTHS WITH A HEALING MEDIUM; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, September 17,1881.