Listy do Redakcji
Pochodzenie Duszy
Redaktor nie ponosi odpowiedzialności za poglądy wyrażane przez korespondentów i często publikuje opinie, z którymi sam się nie zgadza, po to, by przedstawić stanowiska mogące wywołać dyskusję. W każdym przypadku do listu musi być dołączone nazwisko i adres autora – niekoniecznie do publikacji, lecz jako gwarancja dobrej wiary.
Szanowny Panie, – Jeśli dobrze rozumiem pana Busha, zgodnie z tym, co ujawnił w swoim liście z 10 kwietnia, jest on ewolucjonistą, ale z pewną różnicą. Przyjmuje nasze pochodzenie od niższych szczebli życia w tym samym sensie, w jakim one same pochodzą od jeszcze niższych. Jest to drabina, po której mozolnie się wspinaliśmy. Nie wykazuje jednak, by między człowiekiem a jego leśnymi przodkami istniał jakiś „stopień odrębny” (discrete degree). Uważa natomiast, że każdy krok w górę – lub w dół – był wyznaczany przez nacisk wywierany z zewnątrz przez wyższą Inteligencję, przy czym metoda ta miała być taka sama zarówno w przypadku mięczaka, jak i człowieka. W ten sposób usiłuje uwolnić się od fizycznego pokrewieństwa, które mu się nie podoba.
Trzeba jednak zauważyć, że nie uchyla się w ten sposób od faktów – to znaczy od szczątków strukturalnych, atawizmów, „pokrewieństwa krwi”, któremu, jak wykazano, można nadać dosłowne znaczenie, odróżniające krew człowieka i małp człekokształtnych od krwi wszystkich innych ssaków. Od tych faktów nie ucieka, a one wskazują – wręcz niemal dowodzą – całkowicie fizycznego pochodzenia.
Jego stanowisko opiera się na bardzo osobliwym twierdzeniu. Mówi on, że pierwotna komórka, od której zaczynają się wszystkie zarodki, jest drobiną protoplazmy identyczną u człowieka i u każdego innego gatunku, i że zostaje skierowana na właściwą drogę rozwoju jedynie przez siłę życiową (lub ducha) odziedziczoną po rodzicach, bez której nie miałaby większej skłonności rozwinąć się w człowieka niż w mysz. W tym się myli. Sądzę, że trudno byłoby mu znaleźć biologa, który zgodziłby się z nim, gdy pisze: „Przyjmuje się, że wszystkie formy życia zaczynają od tego samego początku, a materia zwierzęca w jaju wróbla jest pod każdym względem identyczna z materią w jaju kukułki.” Biolog uznałby różnorodność rozwoju za wystarczający dowód różnorodności samych komórek pierwotnych. Założyłby istnienie złożoności struktury albo konstytucji molekularnej, niewidocznej, lecz nie mniej rzeczywistej, odpowiadającej ich potencjalnemu przeznaczeniu jako mięczak, mysz, wróbel, kukułka lub człowiek.
Pan Bush mówi, że komórki te „wydają się” jednakowe, lecz nie powinien dać się zwieść pozorom. Komórki nie są prostymi drobinami protoplazmy. Pod mikroskopem ujawniają określoną strukturę, która ma tendencję do różnicowania się zależnie od gatunku. Jest to fizyczna podstawa dziedziczności i nie wydaje się konieczne postulowanie kierowania rozwojem przez inteligentną siłę życiową. Inteligentna siła życiowa dawałaby bardziej konsekwentne rezultaty i nie sprowadzałaby na świat potworów ani idiotów. Podobny argument odnosi się do ewolucji nowych gatunków. Gdyby była ona prowadzona przez wysokie moce duchowe, wszystkie jej etapy musiałyby być skierowane ku górze. Nie dochodziłoby do tworzenia chorobotwórczych mikrobów ani do degeneracji w odrażające pasożyty. Uważam cały ten proces za samoczynny od początku do końca.
Czyż dr Bastian nie wytworzył organizmów z tak niewinnych substancji chemicznych jak krzemian sodu i nadazotan żelaza pod wpływem światła słonecznego? Czyż pani Victor Henri, według własnego przyznania pana Busha, nie zmieniła natury i kształtu laseczki wąglika przez dziesięciominutowe wystawienie jej na działanie promieni ultrafioletowych?
Pan Bush poleca swoją teorię tworzenia nowych gatunków przez interwencję z góry jako jedyne możliwe wyjaśnienie bardzo wielkiej różnicy między człowiekiem a małpą. Gdzie – pyta w swojej książce – są brakujące ogniwa i odpowiadające im gatunki? Odpowiedź, jak sądzę, brzmi: różne gatunki łączące człowieka z małpą zostały wszystkie wchłonięte w toku ewolucji. Gdzie są dziś orohippus i hipparion, przodkowie konia? Gdzie mesohippus, miohippus i pliohippus? Mamy ich kości, lecz koła postępu przetoczyły się po nich i nie pozostawiły dziś żadnych żywych przedstawicieli. Ale przecież – można powiedzieć – skamieniałości naszych przedludzkich lub półludzkich przodków powinny były zostać odnalezione. Nie wiem. Świat jest wielki, a skamieniałości małe; wiele z tego, co było wówczas lądem, znajduje się dziś pod wodą, a nie cała ziemia została jeszcze przekopana. Nie każdy szkielet staje się skamieniałością; tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi jakiś konkretny przodek zostałby pogrzebany w tak sprzyjających warunkach, by zachować się przez tysiąclecia do naszych oględzin. Dwadzieścia lat temu odnaleziono na Jawie szczątki o tak niepewnym charakterze, że nadano im nazwę pithecanthropus (małpolud). Czy to nie zadowala pana Busha?
Ewolucja wydaje się wynikać z mocy tkwiącej w protoplazmie, polegającej na reagowaniu na otoczenie w taki sposób, aby przystosować się do każdej zmiany warunków. Ryba, która przechodzi do życia w jaskini, traci wzrok; kukułka, która przyjmuje zastępczy tryb wychowywania młodych, wykształca w nich aparat pozwalający wyrzucać z gniazda pisklęta ich przybranych braci. W żadnym z tych przystosowań nie dostrzegam świadectwa interwencji ze świata ducha.
Podsumowując: wszechświat jest cudowną, samoczynnie działającą maszyną, która ani nie wymaga, ani nie otrzymuje żadnej uwagi od swego wynalazcy. Ewolucja jest procesem samoczynnym, dzięki któremu istoty stopniowo przystosowują się do swojego otoczenia. Możemy wierzyć, że przewidziano i zamierzono, iż pojawi się człowiek; możemy sądzić, że wyczuwamy rękę Boga stojącą za stworzeniem; ale nie musimy doszukiwać się Jego palca w każdym szczególe.
Z poważaniem,
N. G. S.
źródło: LETTERS TO THE EDITOR. The Origin of the Soul; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, APRIL 24, 1915.