L. Margery Bazett
Chciałabym po prostu opowiedzieć, w jaki sposób z dość znacznej odległości w przestrzeni mogłam śledzić umysł starego przyjaciela w ciągu kilku dni poprzedzających jego śmierć.
W tym czasie sama chorowałam i nie mogłam do niego pojechać. Jednak pewnego wtorku ogarnęło mnie silne przeczucie, że umrze w następny czwartek, dwa dni później.
W środę od godziny 13.50, przez pół godziny, miałam wizję kielicha i pateny komunijnej w związku z nim. Naturalnie doszłam do wniosku, że przyjmuje Komunię Świętą, lecz kiedy później napisałam do pielęgniarki opiekującej się nim, dowiedziałam się, że nie widział się ani z duchownym, ani nie odprawiono tej posługi. Było to nabożeństwo, do którego był szczególnie przywiązany. Choć przez tamte pół godziny pozostawał nieprzytomny, sądzę, że jego nieświadomy umysł mógł przechodzić przez liturgię, tak dobrze mu znaną, i że rzeczywiście przyjął Sakrament w jakiejś mistycznej formie. Ja sama słyszałam wypowiadane słowa: „Czy możecie pić kielich, który Ja piję?”. Co osobliwe, właśnie w tym czasie jego ciało przechodziło okres wielkiego niepokoju i cierpienia, jak dowiedziałam się później.
Przez całą noc z wtorku na środę albo ze środy na czwartek – nie pamiętam już którą – gdy sama nie mogłam zasnąć, bardzo wyraźnie odczuwałam pracę umysłu mojego starego przyjaciela, przebiegającą mniej więcej wzdłuż następujących linii.
Wydawało się, że z bolesną intensywnością rozważa Stacje Drogi Krzyżowej, niemal tak, jakby utożsamiał się z cierpiącym Chrystusem. Nie sądzę, bym kiedykolwiek wcześniej przeżyła coś podobnego z taką wyrazistością. Wiedziałam, że mój przyjaciel był głęboko religijny, i dość osobliwe było to, że po jego śmierci żona przysłała mi małą książeczkę zatytułowaną The Stations of the Cross („Droga Krzyżowa”), wspominając, że był do niej szczególnie przywiązany i że być może chciałabym ją zachować.
Wrażenia z dnia śmierci
W południe, w dniu jego śmierci – która nastąpiła o 20.30 tego wieczoru – ujrzałam go bez najmniejszych oznak choroby i wyobraziłam sobie, że już odszedł na tamtą stronę. W jego oczach było bardzo znajome spojrzenie: mieszanina entuzjazmu i wielkiej radości, a zarazem pewnej nieśmiałości w obecności osób bardziej rozwiniętych duchowo. Była to jego wyraźna cecha, ponieważ choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym, żywił głęboki szacunek dla tych, których uważał za większych od siebie. W jego oczach było zawstydzenie, intensywne zainteresowanie i nuta figlarności – wszystko to charakterystyczne dla niego, gdy cieszył się pełnią zdrowia.
Między godziną 19.00 a 20.00 tamtego wieczoru miałam wyraźne poczucie, że jego odejście jest już właściwie dokonane. Do tego stopnia, że wysłałam pocztą mały drewniany krzyżyk z prośbą do jego żony, by włożyła go do jego dłoni.
Muzyka, przesłanie i znak krzyża
W dniu jego pogrzebu słyszałam graną muzykę organową, choć w domu, w którym przebywałam, żadnej muzyki nie było. Spytałam później, czy po jego śmierci grano muzykę w jego domu, lecz tak nie było. Nie zdziwiło mnie jednak, że w związku z nim mogła być słyszana muzyka, ponieważ była jedną z największych radości jego życia.
Tego dnia moje myśli krążyły wokół pytania, jakie słowa pociechy mogłabym odpowiednio przekazać jego żonie, lecz nic nie wydawało mi się dostatecznie właściwe. O określonej godzinie tego dnia – o 17.15 – obok mojego łóżka pojawiła się niska postać ubrana w jasną szatę. Stała dokładnie pod szkicem namalowanym przez jego żonę, przedstawiającym pewne miejsce na Wschodzie, które odwiedziliśmy we troje wiele lat wcześniej. Kilka godzin przedtem myślałam właśnie o tej podróży. Choć postać była niewyraźna, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to był mój przyjaciel.
To, co wyłoniło się całkiem jasno, były następujące słowa skierowane do mnie:
„Powierzamy cię łaskawej Bożej opiece i ochronie. Niech Pan ci błogosławi i strzeże cię, i niech obdarzy cię swoim pokojem.”
Silnie odczułam, że było to przesłanie, które on sam pragnął przekazać swojej żonie, i napisałam jej o tym.
Tego samego wieczoru ujrzałam również krzyż wpisany w okrąg – symbol, którego znaczenie byłoby mu dobrze znane, gdyż był obeznany z symboliką religijną.
Myśli niosące pociechę
Pokrzepiające jest pamiętać, że gdyby nasze oczy były otwarte na duchową naturę życia i człowieka, a taka postawa była czymś stałym, a nie tylko sporadycznym, uświadomilibyśmy sobie, nawet pośród wielkiego bólu fizycznego, cierpienia i straty, że istotowa osoba, którą kochamy, jest mniej dotknięta tymi przemijającymi rzeczami, niż może się wydawać na powierzchni. Nawet w ostrym cierpieniu umysł nie musi być całkowicie nim pochłonięty, lecz może pozostawać wolny, by kontemplować sprawy ducha i czerpać z nich pokrzepienie.
Podobnie, gdy z ziemskiej perspektywy stajemy twarzą w twarz z bezwładem ciała, wyzwolony duch człowieka może już wkraczać w radość odnowionego życia. Jakże powolna jest nasza świadomość w pojmowaniu – choć uczono nas tego przez całe życie – że jesteśmy nieśmiertelnymi duszami, przyobleczonymi tu na krótki czas w szatę śmiertelności.
źródło: WHEN MINDS ARE ATTUNED; Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, THURSDAY, MAY 22, 1941.