Widzenie w szklance wody

DZIWY ŻYCIA
Nr 85, s. 213

Widzenie w szklance wody.
OPOWIADANIE KOLEJARZA.

Kiedym był zawiadowcą na jednej ze stacyj Zakaspijskiej drogi żel., pewna dama z tej okolicy udzieliła mi sposobu otrzymywania w szklance wody — widzenia, które wedle jej zapewnienia często się jakoby sprawdza. Rzecz cała polega na tem iż w szklance z wodą zanurza się obrączka, na samo spadająca dno. Po obu stronach szklanki stawi się dwie zapalone równej wysokości świece. To uczyniwszy, należy wpatrywać się w środek obrączki, usiłując coś koniecznie wypatrzyć i koncentrując uwagę na myśli o postawionem pytaniu.

Z niedowierzaniem przyjąłem ową instrukcję, zgadzając się wszakże na to, że w skutek upor­nego skoncentrowania się na jednej myśli, może nastąpić wzrokowa hallucynacja, jako owoc autosuggestji, a skoro tak, to owo widzenie jest prostem tylko samooma­mieniem.

Spraktykowawszy jednak sam owo zjawisko, przekonałem się najzupełniej co do istoty tego faktu, twierdząc iż takie widzenie w szklance, nie jest ani owocem wyobraźni ani też samoomamieniem, a tylko czemś, — niewytłómaczonem.

W niniejszej notatce, nadmienię o dwóch godnych zaznaczenia wypadkach tego rodzaju. Interesujące są one dla tego, że widziane w obrączce, nie było wcale odpowiedzią na zamyślone pytanie, ponadto zaś, świadkowie faktów tych są żyjący i mogą stwierdzić prawdę słów moich.

Latem roku 1893 byłem zawiadowcą na stacji Kazandżik. Kiedyś wieczorem, była 9-ta może, coś mi przyszło do głowy zajrzeć w obrączkę. Że jednak podówczas nader słaby wzrok miałem, a w dodatku cierpiałem na płynienie łez, przeto zastąpił mnie w tem telegrafista tejże stacji pan Z.

Wzięliśmy więc do owego doświadczenia, całkiem nową, w kanty szlifowaną szklankę, nie będącą jeszcze w użyciu, /na używanej trafiają się skazy/. Starannie wymyliśmy ją i wytarli. Woda nalana do szklanki miała temperaturę pokojową. Pod szklankę podłożony był arkusz białego papieru; obrączka kupiona była w sklepiku, srebrna, gładka. Zamiast świec była lampa z alabastrowym abażurem, tak urządzona, że cały blask padał na stół, na którym stała szklanka.

Cała szklanka została zwierzchu starannie wytartą, dla uniknięcia plam i ściekających kropel wody.

Panu Z. wytłómaczyłem, że powinien patrzeć prosto w sam środek obrączki. Myśleć może co mu się podoba. Sam zaś skoncentrowałem się na jednej jedynej myśli: co się stać może w tych dniach? mając na uwadze tylko samego siebie.

W jakie 20 minut p. Zaj. oświadczył, że czuje dość dotkliwy ból w oczach i że dłużej patrzeć nie może, jednocześnie jednak nadmienił, iż zdaje mu się jakoby coś widział w wodzie, a gdym go zapytał co mianowicie, prosił by mu nie przeszkadzać, zanim dokładnie w tem się nie rozejrzy. W jakie 3 minuty może p. Z. się ozwał:
„Widzę jak najwyraźniej plant naszej kolei; z obu stron,—step. Oto, zdala, ukazał się dym, teraz widzę lokomotywę. Ukazało się kilka sztuk wielbłądów; raz, dwa, trzy, cztery, pięć,… sześć. Przestępują przez plant kolei. Lokomotywa puszcza parę po szynach, gwiżdże. Wielbłądy zbiegły z plantu, za wyjątkiem jednego, który leci wciąż przed lokomotywą pomiędzy szynami. Lokomotywa wciąż parę wypuszcza. Wtem naskakuje na wielbłąda. Kurzawa, nic nie widać. Teraz wszystko znikło; widać tylko dno szklanki i obrączkę.”
Siedział jeszcze potem pan Zaj. jakie minut 20 nad szklanką, lecz nic już więcej nie zobaczył. Nie byłem z doświadczenia tego zadowolony, ponieważ widziane nie było odpowiedzią na moje pytanie. Nazajutrz dostałem telegram ze st. Uszaki o wyprawionym na stację naszą pocztowym pociągu. W oczekiwaniu go opowiedziałem o przeprowadzonem doświadczeniu i otrzymanem stąd widzeniu panu Kul. naczelnikowi służby trakcji. Rozesmiał się on z mych „zabobonów”. Lecz oto upływa godzina, a pociągu nie widać jeszcze, przypominam panu Kul. owo widzenie a on powiada: „Jeżeli mamy temu wierzyć, toć przecie nic by nie było nadzwyczajnego; a czy to pan nie wie tego, że lokomotywy nieraz gniotą wielbłądów, bez żadnych złych następstw”. Upływa godzina druga i oto my t. j. władza stacyjna następującą dostajemy depeszę:
„Pociąg pocztowy wyszedłszy w swoją porę ze st. Uszaki na 145 wiorście zgniótł wielbłąda, lokomotywa zeskoczyła z szyn, strzaskane są trzy platformy; wypadków z ludźmi niema. Proszę wysłać od siebie lokomotywę dla zabrania pociągu, jak również ślusarzy i robotników celem podjęcia lokomotywy”.
Kiedy pociąg przyszedł, to opowiadano, że maszynista w żaden sposób nie mógł spędzić z plantu jednego młodego wielbłąda i miał już zamiar zatrzymać pociąg, gdy wtem zwierzę się potknęło i padło na plant. Lokomotywa zaś zeskoczyła z szyn z tego powodu, że kawały wielbłąda wpakowały się do mechanizmu jej i spowodowały zatrzymanie; z tyłu zaś będące platformy, od mocnego szturchnięcia niezahamowanych wagonów, potłukły się.
We trzy tygodnie potem, znów zaproponowałem panu Zaj. zajrzeć do środka

zanurzonej w szklance wody obrączki. Środki ostrożności zachowane zostały też same. Po upływie 10 minut p. Zaj. widzi tak samo na naszej drodze oddalający się pociąg t. j. tylny wagon. Widzi przy tem ogromny piaskowy huragan, buszujący ponad pociągiem. Wreszcie wpada na lokomotywę. Kurzawa… nic nie widać. Potem nie już zgoła w szklance nie było widać w ciągu może 10 minut Po tej przerwie p. Zaj. widzi znowu wyraźnie plant drogi i w przekopie zwaloną na bok lokomotywę kołami do góry a kominem nadół. Na szynach i dalej na drodze nic nie widać. Obraz ten widoczny był pięć minut, zaś potem znikł. Nazajutrz przedefilował pociąg pocztowy i naczelnik trakcji, na zasadzie wyżej przytoczonego wypadku, prosił bym mu zakomunikował o przybyciu tego pociągu na stację sąsiednią; przy tem zapowiedział że w oczekiwaniu mej odpowiedzi, będzie miał w pogotowiu lokomotywę, na wypadek gdyby miała być potrzebną. Otrzymawszy z sąsiedniej stacji depeszę o nadejściu pociągu, zaraz posłałem o tem zawiadomienie naczelnikowi, było to o pierwszej po południu. O szóstej wieczorem przychodzi zazwyczaj na stację naszą pociąg z wodą, tym to właśnie przybył naczelnik i na wstępie począł sobie żartować z naszych widzeń w szklance; lecz oto chłopiec przynosi z telegrafu depeszę: „Jutro ze stacji Kazandzik wysłać lokomotywę z jednym wagonem na 75-tą wiorstę dla podniesienia lokomotywy pocztowego pociągu, zabrać ze sobą właściwe przyrządy i ludzi.” Zaznaczyłem naczelnikowi, że lokomotywa leży kołami do góry i kominem na dół, na co on odrzekł, że to jest niemożliwe. Nazajutrz wieczorem przywieziono lokomotywę, która jak się okazało istotnie leżała w tej pozycji, jak ją się widziało w szklance. Oryginalną przy tem zaznaczyć należy okoliczność, że bez mej obecności p. Zaj. nic a nic w szklance zobaczyć nie mógł.

Ogromnie mnie doświadczenia te zajęły. Słyszałem również o automatycznem pisaniu ołówkiem, postanowiłem i tego doświadczenia spróbować. Któregoś więc poobiednia zasiadłszy przy biurku i położywszy przed sobą arkusz papieru a na nim uzbrojoną w ołówkiem moją prawicę, czekałem co będzie, oddając w ten sposób mą rękę całkiem do dyspozycji niewidzialnych działaczy. Myśli moje niczem innem wtedy zajęte nie były, jak tylko ciekawością, jak też to „oni” do owego

zabiorą się pisania. Po upływie 10 minut czuję omdlenie ręki, ołówka w ręku nie czuję wcale, natomiast ból w niem przy dłoni, potem w łokciu a nawet w ramieniu; ręka cała cięży. Ołówek ruszył z miejsca, zrazu słabo, potem mocniej, zaczął kreślić różne wykrętasy, ból się zmniejszył. Tłómaczę sobie ruch ołówka tem, że ręka ścierpła, ołówek więc stracił wskutek tego swą pozycję i zaruszał się, jednocześnie wszakże przyszło mi na myśl: skoro to piszą niewidzialni to niech mi napiszą nazwisko tego, który się moją rozporządza ręką. Ołówek zatrzymawszy się nagle, zaczął zakreślać eliptyczne koło, z początku zwolna, z lekką naciskając papier a następnie szybko i mocno. Otrzymała się litera O kilkanaście razy może cienkiemi obwiedziona linjami. Następnie nakreśliły się litery L. G. A. dużemi literami na środku arkusza. Zaczynam szukać w pamięci co to może być za „Olga”, przypuszczając, że ujawnia się w ten sposób mogą tylko zmarli krewni piszącego. Napróżno jednak; osoby z tem imieniem nie znałem wcale, czynię więc w myśli pytanie co do nazwiska owej Olgi. Ołówek zaczyna: D. A. N. I w tej chwili przypomina mi się Olga Danielewska, siostra mego przyjaciela zmarłego w roku 1875 na suchoty. Z Olgą poznałem się na dni trzy przed zgonem jej brata. Kończyła wówczas nauki i tak samo na ową zapadała chorobę. Bacząc na ów stan jej chorobliwy nie dałem jej czuwać nocami u łoża chorego, sam to pełniąc. Olga zmarła w roku 1878.

Oto rezultat mego pierwszego w tym kierunku doświadczenia, którem najzupełniej zostałem przekonany. Miałem ochotę wdać się z nią w rozmowę, ale tak samo jak przy spotkaniu się z kimś z dawno niewidzianych dobrych znajomych, trudno mi było przyjść dosłowa, tyle się szczegółów cisnęło na usta. Po kilku minutach jednak zdecydowałem się i w myśli zapytuję: „czy ożenię się też kiedy?” „Owszem, ale to jeszcze nie tak prędko.” „A jakże żonie mej będzie na imię?” „Kasia”, a potem bez zadania przeze mnie jakiegobądź pytania, ołówek szparko smaruje: „dziś ona zajęta jest profesorem geografji i historji p. Mikołajem Basiłowskim”.

Wszystkie odpowiedzi napisane były moim rodzonym charakterem pisma. Poirytowało mnie okrutnie; a więc, pomyślałem z goryczą, poprostu zostałem maniakiem. Postanowiłem nie oddawać się już tej praktyce.

Działo się to wszystko u brzegów morza Kaspijskiego u zatoki Św. Michała. Od śmierci Olgi upłynęło pięć lat, pochowaną została w Smoleńsku i zwłoki jej zapewne w proch się już rozsypały.

Nie wiem skąd mi przyszło po kilku miesiącach, znów wziąść ołówek do ręki. Bólu już w ręku wcale nie czułem i ołówek poruszył się natychmiast. „Kto tu jest?” zadaję pytanie: „Olga!” Postanowiłem nie zadawać pytań a całkiem do dyspozycji niewidzialnych zostawić mą rękę. Ołówek pojechał. Patrzę co napisano: „Ja cię bardzo kocham”. Bardzo rad jestem temu, ale co dalej, myślę sobie. „Ale ty o takiej miłości pojęcia nie masz, jakże mnie to boli!… W miłości tej całe szczęście!”. Obawiając się, bym koniec końców zmysłów nie postradał podarłem papier i dałem sobie słowo rzucić raz na zawsze ową praktykę.

W roku 1884 dostaję trzymiesięczny urlop i wyruszam do matki do Smoleńska, która na wszystko prosi mnie bym przyjechał, bo, — pragnie mnie ożenić. W końcu czerwca tedy jadę i z polecenia matki wstępuje do Rostowa nad Donem odwiedzić zamieszkałą tam siostrę cioteczną. Tu poznaję się z pewną panną, która wywiera na mnie tak mocne i głębokie wrażenie, że już do Smoleńska postanawiam nie jechać, korzystając z gościnności siostry ciotecznej i jej małżonka, przebawiwszy u nich cały czas mojego urlopu, codziennie widując się z interesującą mnie osobą i coraz bardziej puszczając folgę sercu. Czas urlopu przeleciał szybko i bezwzględu na to że rodzina panny niezbyt mi sprzyjała, widywaniom się naszym zapobiedz nie mogła. Skończyło się na tem, że wigilją mego wyjazdu oświadczyłem się i zostałem przyjęty. Wyjechałem więc mając w domu jeszcze oczekiwać zgody na nasz związek rodziców panny. W Styczniu r. 1885 otrzymawszy list zezwalający na to, wziąłem powtórny urlop i rozpromieniony cały pojechałem do Rostowa, celem zawarcia dozgonnych ślubów.

Przed ślubem p. Katarzyna chciała byśmy się sfotografowali; w tym celu udałem się do zalecanego przez nią jednego z lepszych fotografów w mieście, dla porozumienia się. Schodząc ze schodów od fotografa wpada mi w oczy tabliczka na drzwiach jednego z mieszkań z napisem: „Basiłowski.” Zaraz mi się przypomniała okoliczność przywiązana do tego nazwiska, które wtedy miałem wypisane automatycznie przez „Olgę”. To też, wróciwszy, na wstępie zapytałem narzeczoną: „Panno Katarzyno, czy pani czasem nie wiadomo, co to za Basiłowski mieszka w tym domu, gdzie fotograf?” Pytanie to mocno ją zmieszało i poirytowało. „To już z pewnością siostra pańska powiedziała mu o tem. W istocie dwa lata temu omal, że nie zostałam sama panią Basiłowską”. „Pan Basiłowski, powiadam z kolei, jest professorem geografji i historji”? „Więc dla czegoż ukrywasz pan przedemną, rzecze ona, że relacji tych udzieliła ci siostra twoja?” Zaprzeczyłem temu stanowczo i opowiedziałem ze szczegółami ów fakt automatycznego pisma i ujawnienie się Olgi Danilewskiej. Naturalnie panna Katarzyna temu nie uwierzyła.

Po Wielkanocy tedy nastąpił ślub nasz. Mam więc żonę Kasię, która rzeczywiście na pewien czas przed tem, zajętą była professorem geografji i historji p. Basiłowskim. Przepowiednia „Olgi Danilewskiej najzupełniej była trafną”. S. M.

Oryginał artykułu do przeczytania w formacie jpg, pobierz na komputer i powiększ, lub zejdź niżej i klikaj w wybrane strony aby je powiększyć.

źródło: „Dziwy życia” nr 85, 1 grudnia 1905