Prometeusz i Ardżuna

Dwa arcydzieła, które należy zaliczyć do największych w literaturze światowej, gdyż treścią i formą oddają najgłębszego ducha pewnej epoki kulturalnej, ukazały się właśnie nakładem wydawnictwa Eugena Diederichsa w Jenie. Są to: „Prometeusz” Ajschylosa w niemieckim przekładzie Aleksandra von Gleichen-Rußwurmsa oraz „Bhagavad Gita”, Pieśń Wzniosłego, przełożona i opatrzona wstępem przez profesora Leopolda von Schrödera.

Oba te dzieła są poezją filozoficzną, w najgłębszym sensie także teozoficzną; oba w pięknym języku dwóch najbardziej duchowych ludów – Indów i Hellenów – dały klasyczny wyraz najwyższym myślom ludzkości. Zasługują one na honorowe miejsce wśród niemieckich książek.

Kiedy wielki Wilhelm von Humboldt mógł napisać do swojego przyjaciela Gentza, że dziękuje Bogu, iż pozwolił mu żyć tak długo, aby mógł jeszcze przeczytać „Bhagavad Gitę”, wyraził tym pięknym słowem dokładnie to, co powiedzieć musi każdy czytelnik, który wniknął w sens staroindyjskiej mądrości. Wystarczy Biblia, „Naśladowanie Chrystusa” i „Bhagavad Gita”. Natomiast „Prometeusz” to nieśmiertelna tragedia geniuszu, boskiej iskry rzuconej na ziemię, która pragnie płonąć – lecz znajduje jedynie filistrów, którzy jej nie rozumieją.

Ogień obecny jest w obu tych dziełach ducha aryjskiego, lecz jego przejawy różnią się tak, jak różni się ewolucja od inwolucji.

Że mit grecki ma prastare, ariańskie korzenie, wynika już z samego imienia Prometeusz. Pochodzi ono od indoeuropejskiego rdzenia math, oznaczającego w sanskrycie czynność pocierania (manthana). Wydrążoną drewnianą deskę przewiercano kijem, aby wytworzyć ciepło, a następnie ogień. Ów kij nazywał się pramantha. Stąd „Pramathius” – ten, który wierci, który wykrada – ponieważ przedrostek wskazuje na działanie dokonywane z energią, siłą, celem, zamiarem i koncentracją.

Z czasem przekształciło się to w greckie „Prometheus” i przez etymologię ludową objaśniano jako „przewidujący”, w przeciwieństwie do jego brata Epimeteusza – „przemyślającego po fakcie”. W duchowym znaczeniu imię to oznacza więc: „przewiercający”, „przenoszący”, duchowy „złodziej”, prorok, geniusz. A geniusz zawsze wykrada boską iskrę, aby oddać ją ludziom, i cierpi z tego powodu – aż w późniejszym czasie zostaje wybawiony i może dzielić radości bogów.

Prometeusz to śmiały duch, który przynosi boską mądrość na ziemię, chcąc uczynić ludzi bogopodobnymi.
Ardżuna, bohater staroindyjskiego eposu „Mahabharata” (z którego „Bhagavad Gita” jest epizodem), to duch pobożny, który w najściślejszym związku z Bogiem istniejącym poza nim samym, pragnie kroczyć drogą oddania.

Prometeusz jest „protestantem” – wolnym, nieokiełznanym duchem, który chce samodzielnie stać na własnych nogach, gdyż czuje już w sobie boską iskrę. Ardżuna natomiast jest „katolikiem” – uważa się w swej pokorze za zbyt małego i grzesznego, zbyt słabego i nędznego, aby własną mocą dotrzeć do Nieskończonego.

Oba te typy istnieją do dziś. Prometeusz jest ideałem człowieka nowoczesnego, upadłego anioła, Lucyfera: dumnej, męskiej duszy, która nie uznaje Boga „pchającego z zewnątrz”, bo rozumie, że taki dawny Bóg jest w gruncie rzeczy tylko wytworem ludzkiej tęsknoty, a ów „Bóg-teatralny” musi w końcu przeminąć, ponieważ ludzkość rozwija się dalej. Ardżuna zaś to rycerz Graala, który pokornie pozwala się pouczać i prowadzić; to mistyk, który pragnie powrócić do Pra-Bóstwa poprzez modlitwę, post i pokutę – jak św. Franciszek z Asyżu czy Joanna d’Arc.

Można więc powiedzieć, że obie te postacie żyją i dziś w każdym człowieku, jako reprezentanci dwóch wielkich i równouprawnionych światopoglądów. W sercu każdego człowieka mieszka Prometeusz – ten przewidujący – oraz rycerski bohater Mahabharaty, który nie chce bezczynnie rozmyślać, lecz kroczyć drogą karmayogi: służby i oddania Bogu.

Prometeusz sprowadza ogień na ziemię. Cóż to oznacza? Praogień jest podstawą stworzenia – już Wedy to wiedziały. Heraklit, „ciemny”, powiada, że ogień jest praelementem, z którego wszystko powstaje: staje się parą (powietrzem), ta zamienia się w wodę, ta zaś w ziemię. Istnieją dwa kierunki rozwoju: z góry w dół i z dołu w górę. Pierwszy, ewolucja, związany jest z imieniem Prometeusza, który oddaje ludzkości duchową pramaterię do użytku; drugi, inwolucja, powrót do jedności, reprezentuje Ardżuna, który przemienia to, co ludzkie, w boskie.

Świat powstał z ognia i przez ogień zostanie zniszczony. Ogień leży u podstaw wszystkiego i tkwi we wszystkim. Dzięki ogniowi materia staje się duchem. Cały kosmos jest skoncentrowanym ogniem, a więc duchem zamkniętym w materii. Dlatego właśnie starożytni Ariowie czcili ogień.

Ten, kto przynosi ludzkości ogień ducha, daje jej indywidualność. Duch bowiem jest indywidualnością, osobowością. Dlatego powiada się, że Lucyfer – Niosący Światło – dał ludziom „ja”, oddzielił obie płci, które dotąd były jeszcze złączone. Jego walka z innymi aniołami to wspomniana w Biblii „walka w niebie”. Hezjod zna ją jako walkę bogów z tytanami. Żydzi mówili o upadku aniołów.

Lucyfer nie jest tym samym co Szatan, jak przyjęto później, lecz jednym z Elohim, który chciał działać niezależnie, kierowany pychą; chciał iść tylko za sobą, niczego ponad sobą nie uznając. Pragnął ustanowić panowanie z samego siebie, bez Boga. Jednak wierni aniołowie przeszkodzili mu i strącił na ziemię, która wówczas była jeszcze połączona z księżycem.

Ten Lucyfer to ten sam, co Prometeusz – dawca światła, wolności, ducha i mocy – stojący w przeciwieństwie do Chrystusa, obrońcy miłości. Jednak obaj byli niezbędni dla naszego rozwoju.

W rozwoju ludzkości – zgodnie z wielkim planem Stwórcy świata – trzecia klasa aniołów, „Początki” (archai), zamieszkująca planetę Wenus, indyjscy Asurowie, miała w pewnym czasie odegrać ważną rolę. Częściowo przebywali oni w świetlistych ciałach na ziemi w epoce dawnej Lemurii, tego zaginionego lądu między Azją a Afryką. Byli to bogowie, o których później tak wiele opowiadano.

Tu znów ukazuje się Prometeusz – tylko zgodnie z greckim zwyczajem uczłowieczony, antropomorfizowany. Zazdrośni bogowie posyłają mu Pandorę, piękną niewiastę, aby go uwiodła. On odrzuca ją. Lecz jego brat Epimeteusz, „ten, co namyśla się po fakcie”, przyjmuje dar. Wtedy Pandora podnosi wieko swej szkatułki i wydobywają się z niej wszelkie możliwe nieszczęścia, rozprzestrzeniając się po ziemi. Jedynie Nadzieja pozostaje. Lepiej nie dałoby się przedstawić skutków miłości płciowej: początkowo ukazuje się jak dar niebios, lecz najczęściej kończy się cierpieniem – jeśli nie idzie z nią w parze wyższe kształcenie duszy. Miłość między płciami musi powoli wznosić się ku górze.

Ajschylos z niezwykłą śmiałością odsłonił w swym arcydziele Przykutego Prometeusza największe tajemnice kosmologii przed Ateńczykami – tak, że trudno się dziwić, iż domagano się dla niego kary śmierci. W misteriach eleuzyńskich nauczano, iż człowiek jest sprzymierzeńcem bogów. Jeśli bogowie są kosmicznymi istotami rządzącymi światem i stojącymi ponad człowiekiem, to nie mniej prawdą jest, że muszą posługiwać się ludźmi. Co do tego od zawsze zgadzali się mistycy. Wystarczy pomyśleć o wierszach wielkiego Angelusa Silesiusa, w których mówi o koniecznej więzi między Bogiem a duszą człowieka.

W wyniosłej postaci wielkiego cierpiętnika ukazuje się nam jakby sumienie kosmosu, to, co nieuświadomione. Prometeusz widzi dalej niż Zeus. Ten ostatni jest bogiem takim, jakim jawi się ludziom – mniej więcej tak, jak Jahwe z Biblii jawiłby się duchowi bardziej zaawansowanemu. Tamten jednak nosi w piersi już Boga przyszłości. Tak jak Schiller górował nad swą epoką i jej naiwną pobożnością, jak Giordano Bruno wyprzedzał ortodoksję swoich czasów, tak samo geniusz Ajschylosa stał wysoko ponad poziomem ówczesnego Ateńczyka. Daje nam w Prometeuszu walkę starego z nowym, martwego z żywym, mistyka z ortodoksją, idealisty z obowiązującym porządkiem prawnym. Przegrywa – a tylko córki Okeanosa, przedstawicielki miłości bliźniego, opłakują jego twardy los: być przykuty do skały.

„Najgłębszy sens wielu opowieści, które Ajschylos skondensował w potężnym micie prometeuszowym, jest – powiada A. von Gleichen-Rußwurm – myślą filozoficzną o powolnym, lecz stałym rozwoju, o coraz subtelniejszym porządku wyłaniającym się z pierwotnego chaosu. Rozwój ten domaga się herosów i domaga się ofiar. Stopniowo całkowicie odwraca stosunek człowieka do natury i natury do człowieka. W takiej filozofii panuje śmiałość nie do porównania, a przez tysiąclecia współbrzmi ona z najnowszymi wyznaniami filozoficznej wiary i nadziei”.

Ajschylos miał mroczną wieść o starożytnych podaniach z zamierzchłej przeszłości, a jego natchnienie poetyckie dało mu tworzywo, by różne te podania zespolić w jedność. Wspomnienie o Lucyferze zostało tu stopione ze wspomnieniem o działaniu wyższych duchów na ziemi w czasach lemuryjskich i atlantyckich.

Gdy mówi się, że Prometeusz ulepił ludzi z gliny, już ojciec Kościoła Laktancjusz twierdził, iż nie formował z gliny samych ludzi, lecz był wynalazcą wizerunków z gliny i kamienia, w których naśladowano postać ludzką. Komuż nie przychodzi na myśl, że Atlantydzi tworzyli wielkie posągi (jak na Wyspie Wielkanocnej) przedstawiające ich samych, które rzekomo umieli ożywiać w sposób magiczny? Dla ducha tak dumnego, jakim przedstawia się Prometeusz, znamienne jest, że „stworzył ludzi na swój obraz, ród, który byłby podobny mnie” (jak mówi nasz Goethe): obrazy jego własnej osobowości, świadectwa jego pychy. Nie bez racji więc sęp rozszarpuje w końcu wątroby pyszałka, gdy jest przykuty – podobnie jak Loki w mitologii skandynawskiej. Loki jest widocznie postacią bardzo podobną, choć nie obdarzoną tytanicznym uporem.

Że boski bohater słoneczny, jasnowłosy Herakles, wyzwala Prometeusza – jest zrozumiałe; wskazuje on na Logos, Zbawcę. Strzałą Apollona (zsymbolizowany promień duchowego słońca) kładzie trupem nienasyconego sępa, tzn. upór Lucyfera zostaje zastąpiony łagodnością i pokorą Chrystusa. Tak więc przykuty i rozkut y Prometeusz jest obrazem człowieka. W nim walczą o panowanie dwie siły: samodzielność, „jaźń” (ahankara), oraz miłość do tego, co wyższe i wieczne. Dopiero zjednoczenie obu daje pełnego człowieka.

Ardżuna, Panduita, dzielny bohater w wojnie Kaurawów i Pandawów, jest możliwie najostrzejszym przeciwieństwem Prometeusza. Na początku – gdy widzi po stronie wroga swoich krewnych, przyjaciół i nauczycieli, przeciw którym ma walczyć – trwoży się, jest niepewny i małoduszny. Budzi się w nim delikatne sumienie i pyta, czy ma prawo zabijać. Jest idealistą o wrażliwym, niemal kobiecym usposobieniu – jedną z tych „pięknych dusz”, które w tym życiu cierpią. Gdyby wyobrazić sobie Schillera jako wojownika, byłby podobny do bohatera Mahabharaty. Tacy ludzie skłaniają się ku pesymizmowi, pociechę znajdują jedynie w tym, co zaświatowe. Jeśli mają bardziej męskie usposobienie, ujmują zaświaty jako coś wielkiego i rzeczowego – idee i wielkie prawo – i dochodzą w ten sposób do ateistycznej filozofii sankhji albo do buddyzmu. Jeśli są bardziej „kobiece”, przywierają gorąco do osobowego Boga.

Oba systemy obecne są w Bhagawadgicie, dlatego często mówiono, że jest ona mieszaniną dwóch systemów pozostających w sprzeczności. Lecz poeta umie dobrze połączyć pozorne przeciwieństwa.

Jak wiadomo, system sankhji jest dualizmem: w świecie panują dwie wielkie, nie stworz on e prasiły – duch (purusza) i materia (prakryti). Naprzeciw niego stoi monistyczny system wedanty, wykładany w Upaniszadach. Atman–Brahman, Duch Święty, dusza świata, jest prapodstawą wszelkiego bytu. Nasza dusza jest z nim identyczna – co Hindusi wyrażają słowami tat tvam asi („ty jesteś Tym”, „jesteś Bogiem”). Chodzi więc o to, by poznać siebie jako identycznego z Bogiem – wtedy następuje wyzwolenie. Nie dual ist yczn y, racjonalistyczny realizm sankhji może nas wyzwolić, lecz wiara, że ten świat jest tylko pozorem, a nasze wyższe „Ja” stanowi podstawę wszystkiego. Kto to potrafi, jest bohaterem.

To umie jedynie idealista. Bohaterem nie jest dobrze wytresowany podoficer, który codziennie punktualnie o piątej rano wstaje i wykazuje odwagę fizyczną, lecz słaby uczony, którego duch stoi tak wysoko, że z racji wyższych, z idei, poświęca się i czyni dobro. Taki jest twórcą.

Kto tworzy wartości moralne i z tego powodu cierpi, znosi prześladowania, bywa wyśmiewany, a jednak pozostaje wierny swojej sprawie – jest bohaterem. Godziny zniechęcenia i wstrętu do życia nie czynią tu różnicy. Który wielki człowiek, który prorok nie cierpiał na smutek? Natura „podoficerska”, „filister” – jak powiedziałby Schopenhauer – nie jest zdolna do „boskiej” melancholii, gdyż jest tak bardzo zadowolona z życia. Im ktoś stoi wyżej, tym łatwiej przyznaje swoim ideom wagę i tym boleśniej cierpi z powodu ich niezrealizowania.

Właśnie wskutek tych cierpień budzi się w nim tęsknota za absolutnym Pięknem, Prawdą i Dobrem. Nie o to chodzi, by patrzeć na „dobrego Pana Boga” jak na poczciwego dziadziusia, który ma spełniać wszystkie nasze drobne życzenia – jak czynią to dzieci – lecz by tak wysoko roznieść w sobie to, co najwyższe, abyśmy przeczuć mogli to, co leży u podstaw wszystkiego: owo niewyrażalne, najwznioślejsze Praistnienie, które nazywamy Bogiem.

„Kto w istotach żyjących widzi tego samego najwyższego Pana,
który nie ginie, gdy my giniemy – ten prawdziwie poznał.
Bo kto rozpoznaje tego samego Pana jako obecnego we wszystkich,
nie krzywdzi siebie przez siebie i tak kroczy najwyższą drogą”.

Tak mówi boski woźnica Kryszna–Wisznu do Ardżuny, Bhagawadgita 13, 27–28 (według znakomitego przekładu Schrödera). Już Schopenhauer w rozprawie „Podstawa moralności” zwracał uwagę na te piękne wersety: „We wszystkich stuleciach biedna prawda musiała się czerwienić, że jest paradoksalna – a przecież nie jej wina. Nie może przybrać postaci panującego powszechnie błędu. Spogląda więc z westchnieniem ku swemu opiekunowi, Czasowi, który obiecuje jej zwycięstwo i sławę, lecz którego uderzenia skrzydeł są tak wielkie i tak powolne, że jednostka w międzyczasie umiera. Świadom więc jestem paradoksu, jaki ta metafizyczna wykładnia etycznego zjawiska pierwotnego musi mieć dla owych zachodnich wykształconych, przywykłych do zupełnie innej podstawy etyki; nie mogę jednak gwałcić prawdy. Jedyne, co mogę uczynić ze względu na siebie, to poprzeć się cytatem, że owa metafizyka etyki była już przed tysiącami lat poglądem podstawowym mądrości indyjskiej, do której wskazuję wstecz, jak Kopernik do systemu pitagorejczyków, wypartego przez Arystotelesa i Ptolemeusza.” W Bhagawadgicie – według przekładu A. W. von Schlegla – czytamy:
Eundem in omnibus animantibus consistentem summum dominum, istis pereuntibus haud pereuntem qui cernit, is vere cernit. Eundem vere cernens ubique praesentem dominum, non violat semetipsum sua ipsius causa: exinde pergit ad summum iter. – „Kto widzi w wszystkich istotach żywych tego samego najwyższego Pana, który nie ginie, gdy tamte giną – ten rzeczywiście widzi. Ten zaś, kto naprawdę widzi wszędzie obecnego Pana, nie krzywdzi siebie przez siebie; stąd kroczy najwyższą drogą”.

Najwyższa droga – Ścieżka – to zalecana przez Krysznę joga. Według uczonego Deussena (Powszechna historia filozofii, t. I, Brockhaus) w naszym poemacie sankhja i joga nie są jeszcze nazwami systemów filozoficznych, lecz jedynie różnymi metodami dotarcia do Atmana. Raz można uchwycić go przez refleksję nad rozlicznymi zjawiskami świata i ich wewnętrzną jednością istoty – i tę refleksję nazywa się sankhj ą; innym razem Atman jest dostępny przez wycofanie się ze świata zewnętrznego i koncentrację na własnym wnętrzu – i to nazywa się jogą.

Najpiękniejszą jogą jest jednak bhakti, czczenie Boga. Garbe ma rację, mówiąc, że Bhagawadgita jest „Pieśnią nad pieśniami bhakti – wierzącej i ufnej miłości Boga. Zarówno na drodze poznania, jak i bezinteresownego spełniania obowiązku, miłość do Boga z absolutną pewnością prowadzi do celu. Tą myślą przepojony jest cały poemat; aby ją ogłosić, został napisany” (Richard Garbe, Die Bhagavadgita, przekład z sanskrytu z wstępem o jej pierwotnym kształcie, nauce i wieku, Lipsk 1905).

„To, co działa się bez wiary – ofiara, dar, pokuta, czyn –
zwie się ‘nie-bytem’; po śmierci jest niczym – i już tutaj niczym.” (17,28)

Różnica między sat a asat, bytem i nie-bytem (tj. między „dobrym” a „złym”), przenika wszystko. Ofiara jest sat, jeśli na tym poziomie ustanawia łączność z zaświatami. Tak też można powiedzieć, że każdy człowiek, który w słusznej intencji (jak rzekłby katolik) składa ofiarę, jest bohaterem i dobroczyńcą ludzkości.

Różnica między Prometeuszem a Ardżuną polega w istocie na tym, że pierwszy składa ofiarę, nie licząc się z panującym dharma, tzn. z Bogiem objawionym w świecie widzialnym, i polega na własnym, posuniętym naprzód dharma; drugi natomiast dokonuje ofiary w zgodzie z wiarą powszechną. Obydwa są wielkie i obie metody są słuszne. Trzeba tylko rozstrzygnąć, czy można już stać całkowicie na własnych nogach i obyć się bez „Kościoła” i jego przepisów.

Sądzę, że dobrze jest iść obiema drogami równolegle i w każdym poszczególnym przypadku decydować, którą wybrać. Prawdziwy postęp polega bowiem na tym, że z jednej strony uwzględnia się wszystko, co ludzka mądrość dotąd ustanowiła, nie zbywając tego lekkomyślnie, a z drugiej – że ma się odwagę porzucić tradycję i posłuchać Boga we własnej piersi. Zeus jest więc „Bogiem zewnętrznym”, Wisznu – Bogiem wewnętrznym. A jednak i Sokrates chciał przed śmiercią złożyć Asklepiosowi koguta.

Jak wielu ludzi zapomina o tym „kogucie” i wkrótce potem wpada w sidła zła, bo za bardzo zaufali sobie i swemu niskiemu, słabemu „ja”! Wtedy ich zła natura budzi się jeszcze bardziej i „sęp” żywi się ich krwią serca. Kto chce stać samotnie, musi być doskonały. Kto jest jednostronnym idealistą i równocześnie nie jest realistą w dobrym sensie tego słowa, tego siły złe dotkliwie atakują i uciskają. Zwłaszcza idealiści często cierpią pod sępem zmysłowości i nie mogą się go pozbyć.

Tu pomaga tylko „Ten Jeden”, jak mówi Richard Wagner w Parsifalu. Ten Jeden jest jednak bliski każdemu, kto – jak Ardżuna – się do niego zwróci. Boski woźnica Wisznu, Podtrzymujący Dobro, które ma być przemienione w lepsze, jest tym samym Logosem, który słowem zbawia, bo „Słowo” wciąż staje się „ciałem” w tym, kto dojrzał.

Ale do tego potrzebna jest ofiara. „Z powodu nieobecności zasady moralnej – mówi Burnouf w wspaniałej przedmowie do swego francuskiego przekładu Bhagawadgity (Paryż 1905) – nasze społeczeństwo zmierza ku zagładzie. Ani nauka, ani przemysł, ani handel nie mogą go uratować – nie zdołały też ocalić społeczeństwa antycznego. Zostało ono zabite przez chrześcijańską zasadę, która z kolei odtąd została usunięta z naszych ustaw i z naszych obyczajów. Czytajmy więc tę małą księgę! Zobaczymy, że byli ludzie, którzy potrafili myśleć lepiej niż my, i że wskazali drogę zbawienia”.

Droga zbawienia jest w naszym sercu. Zjednoczmy w sobie ducha Prometeusza i Ardżuny – a odnajdziemy w sobie ducha Chrystusowego wraz z l ucyferycznym pierwiastkiem. Na syntezie obu zasad opiera się przyszłość.

źródło: Prometheus und Arjuna; Neue Lotusbluten – 6 Jahrgang 1913.