Prawda o psychologii okultystycznej
Karl Haase
Kto jest w stanie ogarnąć obecny stan „ścisłych” badań nad istotą duszy i potrafi bez uprzedzeń ocenić tak zwane „postępy” współczesnej psychologii, ten musi dojść do nieodpartego wniosku, że ta nauka znalazła się w stanie całkowitego bankructwa lub przynajmniej w procesie nieuchronnego rozpadu. Podczas gdy jedni nadal niestrudzenie obstają przy próbach skonstruowania rozwoju i budowy duszy na wzór darwinistyczny i biologiczny – przy czym „dusza” jest tu oczywiście niczym więcej, jak tylko szczytem piramidy zbudowanej z samych bodźców materialnych i wrażeń zmysłowych – inni, a wśród nich najważniejsze „autorytety”, jak np. Wundt, doszli wreszcie do przekonania, że prawdziwej duszy nie da się w ogóle uchwycić drogą indukcyjnej metody nauk przyrodniczych. Uznali oni, że dla wyjaśnienia psychicznych jedności – czyli właściwej zagadki – nie można obejść się bez przyjęcia „twórczej zasady duszy”.
Chociaż poglądy na naturę tego siłowego organu w życiu duchowym różnią się znacznie, to jednak panuje zgoda co do tego, że należy go szukać w obszarze świadomości. Za najwyższą jedność uważa się „ja”, samoświadomość, czyli wiedzę o własnej wiedzy – i właśnie to „ja” stało się głównym problemem badań naukowych.
Tym samym termin „psychologia” otrzymał już całkowicie określoną treść, ponieważ dusza i świadomość zostały od początku utożsamione. Jeśli dziś w kręgach ludzi wykształconych słyszy się słowo „psychologia”, można z całą pewnością stwierdzić, że używane jest ono właśnie w tym sensie. To zrównanie duszy z wiedzą czy myśleniem tak bardzo przeszło nam „w krew”, że potrzeba już pewnej siły woli, aby – w obliczu okultyzmu i jego materiału faktograficznego – zerwać z tym przyzwyczajeniem. Ale zerwać z nim trzeba, bo to właśnie jest jedyny powód, dla którego „ścisli” badacze znaleźli się na błędnej drodze – i tego nikt już nie może zaprzeczyć.
Psychologia okultystyczna rzuca bowiem na niezliczone zjawiska życia ludzkiego i duchowego tak zadziwiające światło, niesie w sobie tak mocne świadectwo prawdy, że tylko głupota albo ślepota mogą jej odmówić prawa do istnienia. Autor wie dobrze, jak trudno jest wyrzec się teorii, do których się przywykło, jak niewygodne jest zmierzenie się z nowymi poglądami i jak wymagające jest tworzenie w oparciu o nie całkiem nowego obrazu świata. Jednak uważa za obowiązek szczerego poszukiwacza prawdy, by nie pozwalał, aby nawyki myślowe – ten podstępny wróg każdego badacza – odciągnęły go od samej prawdy.
Dlatego przede wszystkim powinniśmy odłożyć na bok wiarę w nieomylność tego pojęcia psychologii, które utożsamia duszę ze świadomością, i bez uprzedzeń rozważyć za i przeciw temu przekonaniu. Z góry trzeba przyznać, że świadomość i wiedza o świadomości zawsze pozostaną pierwszym bezpośrednim przedmiotem wszelkich badań. Kto rozmyśla o sobie samym, o swojej całej istocie jako o kompleksie ciała, duszy i ducha, ten musi najpierw uchwycić siebie w swym myślącym czy świadomym bycie, tzn. jako czystego ducha.
Niewątpliwą zasługą tzw. psychologii ścisłej jest to, że ponownie wysunęła ten fakt na pierwszy plan i zmusiła naiwnie-realistyczne nauki przyrodnicze do uznania, iż przede wszystkim potrzebują one nauki o poznaniu. Że nie mają prawa opisywać świata atomów, dopóki nie udowodnią, iż owe atomy – po gruntownym rozważeniu relacji między myśleniem a rozciągłością, między świadomością a rzeczą – w ogóle jeszcze mają prawo do istnienia.
Współczesna psychologia z pełnym słusznym naciskiem podkreśla, że atomy z filozoficznego punktu widzenia są nonsensem logicznym; że to raczej samoświadomość, duch, musi pozostać punktem wyjścia wszelkich dociekań nad rzeczywistością lub nierzeczywistością świata rzeczy.
Czym jednak jest ta samoświadomość czy też „ja”, któremu zmuszeni jesteśmy przypisywać tak wielkie znaczenie? Czy należy je uważać za wytwór rozwoju duchowego, jako naturalny produkt życia duchowego, czy też jest ono pierwotną, wrodzoną, metafizyczną zasadą? Od rozstrzygnięcia tej kwestii w jedną lub drugą stronę zależy dla tak zwanych „ścisłych” psychologów wszystko.
Autor sam niegdyś w artykule „Metaphysische Rundschau” wypowiadał się na rzecz metafizycznej transcendencji „ja” lub podmiotu świadomości. Jednakże po tym, jak doszedł do przekonania o prawdziwości psychologii okultystycznej, coraz wyraźniej stawały mu przed oczyma słabości owego transcendentnego podmiotu świadomości. Niewątpliwie przemawiają za nim tak zwane jednościowe wytwory, jak pamięć czy wspomnienie; z pewnością również wszelkie aktywne i spontaniczne czynności ducha znajdują dzięki niemu lepsze wyjaśnienie. Ale czy wolno nam stąd wnioskować, że owo „ja” wznosi się ponad przestrzeń i czas, że swój początek bierze bezpośrednio z Boga?
Każdy, kto obserwował małe dzieci w ich rozwoju duchowym, wie, że dziecko początkowo mówi o sobie w trzeciej osobie, tak jak słyszy, że inni o nim mówią. Byłoby to niezrozumiałe, gdyby miało ono od urodzenia wrodzone pojęcie „ja”. A dalej: gdy pewnego dnia używa słowa „ja”, to z pewnością ma na myśli jedynie swoje cielesne „ja” – podobnie jak niezliczone osoby, nieobeznane z myśleniem abstrakcyjnym, przez całe życie rozumieją przez „ja” wyłącznie swoje ciało.
Czyste ujęcie „ja” jako rzeczywistego i samodzielnego elementu, trwającego mimo wszelkich zmian świadomości, zakłada w ogóle pewną zdolność abstrahowania od ciała i skupienia się wyłącznie na świadomości. Tak pewne, jak to, że zdolność ta zdobywana jest stopniowo dzięki ćwiczeniu, tak pewne jest też, że czyste pojęcie samoświadomości stanowi produkt rozwoju życia duchowego.
W codziennym życiu mówimy i działamy, nie myśląc o naszym „ja”. A nawet wtedy, gdy w akcie szczególnej refleksji próbujemy analizować akustyczne czy wizualne wyobrażenie słowa „ja”, nie odkrywamy w jego treści niczego więcej ponad to, że jest ono procesem świadomości, poprzez który szereg teraźniejszych i przeszłych stanów świadomości zostaje scharakteryzowanych jako wzajemnie powiązane. W ten sposób nimb tego pojęcia całkowicie znika.
A co się tyczy pozostałych treści czy procesów duchowych, to i tu nie można mówić o jakimś transcendentnym bycie. Jesteśmy wprawdzie dalecy od tego, by utożsamiać postrzeżenie czy wyobrażenie z odpowiednią komórką lub funkcją mózgu, albo uznawać pierwsze za produkt drugiego – wiemy przecież, że barwy, dźwięki i wszelkie wyższe wrażenia kpią sobie z wszelkiej fizjologii. Ale nawet jeśli wszystkim zjawiskom świadomości pozostawimy pełną niezależność, to i tak sam ogólny pojęciowy termin „świadomość” nie ma już nic metafizycznego, ponieważ nie stoi za nim żadne transcendentne pryncypium.
Dokąd więc chcemy się teraz zwrócić? Czy utrata metafizycznego podmiotu świadomości nie popycha nas w ramiona nowego materializmu i spinozyzmu, albo nie zmusza nas do całkowitego porzucenia rozwiązania zagadki duszy? Tak, na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak – a jednak ta utrata jest zarazem zyskiem. Bowiem zostajemy skierowani na drogi, na których otwiera się przed nami zupełnie nowa, wspaniała perspektywa: mianowicie perspektywa oparcia nieśmiertelności duszy na pewniejszej podstawie niż na samym podmiocie świadomości. Zasługę wskazania nam tej nowej drogi należy przypisać okultyzmowi, który dopiero w przyszłych stuleciach zostanie doceniony jako pionier prawdziwej psychologii.
Co rozumie okultyzm pod tą psychologią przyszłości? Przede wszystkim z góry zrywa on z utrwalonym utożsamieniem duszy i świadomości i dochodzi w konsekwencji do niepodważalnego wniosku: jeśli transcendentne X, czyli właściwa zagadka, nie znajduje się w obszarze świadomości, to musi ono leżeć w obszarze nieświadomości. To właśnie nieświadomość jest prawdziwą duszą, tym, co transcendentne i metafizyczne w człowieku – obojętnie zresztą, czy nazwiemy to X nieświadomością, „odem” czy ciałem astralnym.
Jakże znamienne jest to, że również „ścisła” psychologia nie podważa istnienia tego czynnika, że i ona drogą metody indukcyjnej doszła do uznania „nieświadomości”! Czyż nie przemawia to szczególnie mocno za prawdziwością „nieświadomości”, skoro dwaj tak wielcy wrogowie, jak „ścisła” psychologia z jednej strony i psychologia okultystyczna z drugiej, wychodząc z zupełnie różnych punktów, spotykają się właśnie tutaj? Tego znamiennego faktu nie obala nawet to, że w obu obozach istnieją różne poglądy co do natury „nieświadomości”.
Jak więc „ścisła” psychologia w ogóle doszła do tego pojęcia? Pomińmy tu zupełnie to, że pewna grupa w jej obrębie – a mianowicie bardziej metafizycznie nastawieni badacze, jak np. Rehmke, Schuppe i inni – stara się „nieświadomość” całkowicie wyeliminować za pomocą następującego rozumowania: „Cała rzeczywistość składa się tylko z dwóch kategorii – świadomości i rzeczy. Skoro zaś ‘nieświadomości’ nie przysługuje ani predykat ‘świadomości’, ani predykat ‘rzeczy’, to jest ona po prostu nonsensem”.
Jest oczywiste, że ci badacze nigdy nie będą w stanie wystarczająco wyjaśnić istoty pamięci, jak również niezaprzeczalnych przerw w świadomości w stanach omdlenia i snu. Świadomość nie jest bowiem continuum, dlatego pozostali „ścisli” psychologowie zawsze będą mieli w czynniku „nieświadomości” pomoc w łatwiejszym przezwyciężeniu tych przerw. Owszem, nie bez racji powiada jeden z ich przeciwników, że wrzucają oni po prostu wszystko, czego nie potrafią wyjaśnić, do obszernego worka nieświadomości.
Wiadomo powszechnie, że Ed. von Hartmann oparł całą swoją filozofię świata na nieświadomości. W swojej Filozofii nieświadomości definiuje ją jako jedność nieświadomego przedstawiania i nieświadomej woli. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy w ogóle istnieje przedstawianie i wola bez świadomości. Nie tylko Ed. von Hartmann, lecz także wszyscy inni psychologowie, którzy operują pojęciem „nieświadomości”, wyrażają się zwykle tak dwuznacznie, że rzadko wiadomo, czy rozumieją przez to jedynie procesy fizjologiczne w mózgu, czy też coś nierzeczowego.
Kto rozejrzy się w nowoczesnej psychologii pod tym kątem, dojdzie do wniosku, że panuje tu jeszcze całkowity chaos; że „nieświadomość” faktycznie musi często służyć jedynie za płaszcz przykrywający poważne braki. My jednak chcemy z tego wszystkiego wydobyć tylko jeden fakt: że nawet przeciwnicy okultyzmu ogólnie przyznają – rdzeń i ośrodek życia duszy leżą nie w świadomości, lecz w nieświadomości.
Do tego faktu – świadomość nie jest duszą, lecz tylko produktem lub rezultatem procesów nieświadomych, które dokonują się „poniżej progu świadomości” – dołączmy drugi, również naukowo uznany fakt: przez hipnozę i sugestię można wywoływać zmiany organiczne, przy których wszelka funkcja mózgowa zostaje wyłączona. Czyż można jeszcze wątpić, gdzie należy szukać właściwej duszy? Nie tkwi ona ani w świadomości, ani w ciele, lecz stanowi podstawę całego kompleksu ciała i ducha jako jedno metafizyczne pryncypium; myślenie i organizowanie są zatem tylko dwiema widzialnymi lub postrzegalnymi formami przejawiania się duszy.
W ten sposób znalazło rozwiązanie w sensie twierdzącym także to odwieczne pytanie, czy życie i dusza są identyczne. W śmierci ustaje bowiem zarówno świadomość, jak i życie organiczne, właśnie dlatego, że właściwa centralizująca, metafizyczna istota duszy opuszcza cały ziemski kompleks zwany „człowiekiem”. Ów cały „człowiek” jest tylko ulotną formą przejawiania się duszy preegzystentnej i poegzystentnej, która objawia się w swojej prawdziwej lub choćby przybliżonej postaci w faktach somnambulizmu i okultyzmu w ogóle. To, że wśród tych faktów obok prawdy pojawia się czasem także zmyślenie, nie stanowi żadnego argumentu przeciw psychologii okultystycznej. Takim złudzeniom ulegamy nie tylko na polu okultyzmu, lecz w nie mniejszym stopniu także na polu „ścisłych” badań. Wystarczy uświadomić sobie, jak rzadko nasze zmysły przekazują nam prawdę o świecie rzeczy, jak wielkim złudzeniom podlegamy w odniesieniu do wszelkich wrażeń. Jeśli ktoś podaje w wątpliwość „prawdę” i „rzeczywistość” tego, co przedstawia się nam w zmiennych, całkowicie względnych wrażeniach zmysłowych, to fakty i zjawiska w okultystycznym życiu duszy jawią się nam co najmniej równie przekonująco!
Prawda o istnieniu metafizycznej istoty duszy, jednocześnie myślącej i organizującej, zyskuje jednak jeszcze większą treść i znaczenie, gdy zwrócimy uwagę na jej stronę bardziej praktyczną. Ona jedyna jest w stanie uzasadnić prawdziwą etykę, dać absolutną miarę zarówno dla indywidualnego, jak i dla społecznego „dobra” oraz uczynić doskonałość moralną celem życia. Jakże wspaniale rozwiązuje nam ona także zagadkę piękna w sztuce i poezji! Weźmy na przykład estetyczną zasadę złotego podziału – natychmiast ukazuje się tu znamienny paralelizm, wymownie świadczący na rzecz psychologii okultystycznej, między myśleniem a organizowaniem. We wszystkich dziedzinach sztuki, zwłaszcza w architekturze, kierowano się nieświadomie tą zasadą, zanim jeszcze dostrzeżono, że panuje ona wszędzie w przyrodzie, w budowie człowieka i roślin.
Również istota tego, co nazywamy „geniuszem”, staje się teraz jasna; nigdy nie leży ona w obszarze świadomości. Świadomość, choćby rozwijała się do najwyższego osiągalnego poziomu, pozostaje jedynie „talentem”. „Geniusz” natomiast ma swoje źródło w nieświadomości, w duszy transcendentnej. Silne indywidualności i wybitne osobowości były zawsze świadome tego, że działa w nich nie abstrakcyjna myśl, lecz inny, metafizyczny czynnik – właśnie nieświadomość.
I wreszcie – psychologia okultystyczna zaspokaja najgłębsze potrzeby życia religijnego, prawdziwie chrześcijańskiego. Jest ona powołana do tego, by przezwyciężyć nieszczęsną przepaść między pozytywnym chrześcijaństwem a materialistyczną nauką, z czego jasno wynika znaczenie i płodność wielkich prawd okultyzmu.
źródło: Die Wahrheit der okkulten Psychologie autor Karl Haase; Neue Metaphysische Rundschau – Mai 1898, Berlin.