Masoneria Mistyczna

(Kontynuacja: Rozdział VIII. Wzniosła Loża.)

Głęboką tajemnicę, która otacza dawne misteria, oraz obowiązek zachowania sekretu, jaki nakładany jest na każdego wtajemniczonego w masońskie bractwo, można wyjaśnić rozmaitymi powodami i wielorakimi okolicznościami, z których niektóre już poruszyliśmy. W czasach politycznego ucisku i prześladowań ze strony Kościoła stawało się konieczne ukrywanie tożsamości wszystkich członków tajnych bractw, a także – na ile to było możliwe – skrywanie zasad Zakonu dla wzajemnej ochrony. Ponieważ bycie znanym jako mason lub okultysta oznaczało bycie ściganym jak przestępca, więzionym do końca życia, a może nawet torturowanym i spalonym, ludzie naturalnie ukrywali swoje związki z Lożą albo zainteresowanie tajemną nauką.

Prawdopodobnie nie istnieje dziś stopień w masonerii, który nie zostałby zawłaszczony przez członków zakonów religijnych, takich jak jezuici. Każdy, kto zna zasady tych społeczności, dobrze wie, że pod pozorem „cel uświęca środki” żaden członek tych korporacji nie zawahałby się podjąć jakichkolwiek ślubów, byle tylko wejść w posiadanie upragnionej tajemnicy, która mogłaby wzmocnić władzę i przywileje jego zgromadzenia. Wie on bowiem z góry, że nie tylko zapewnione mu będzie rozgrzeszenie z przestępstwa krzywoprzysięstwa i złamania świętego ślubu, lecz także że zbierze za to pochwały, a może nawet zostanie kanonizowany za gorliwość i oddanie religii – podobnie jak wielu świętych kalendarza, którzy w przeszłości wyniesieni zostali na ołtarze z o wiele mniej „świętych” powodów.

Pomimo wszelkich tak zwanych niebezpieczeństw i zdrad masoneria kroczy spokojnie swoją drogą, zamykając swoje loże tak starannie i podkreślając obowiązki zachowania tajemnicy tak mocno, jakby odstępstwo było niemożliwością, a krzywoprzysięstwo – nieznanym cywilizowanej wspólnocie przestępstwem. Niezależnie od wszystkich tych rzekomych zagrożeń byłoby rzeczą niezwykle ryzykowną próbować uzyskać wstęp do loży komuś innemu niż bratu regularnie wtajemniczonemu; nie sposób też wskazać jakiegokolwiek powodu, dla którego uczciwy człowiek nie miałby pragnąć przyjęcia rytów i błogosławieństw loży inaczej niż w sposób prawidłowy i pod opisanymi warunkami.

Jednakże poza wszystkimi tymi powodami dla zachowania tajemnicy w loży istnieje tradycja, że tak zawsze było w misteriach, i że miało to związek z samą ich istotą bardziej niż z czymkolwiek innym. Prawdziwy powód utrzymywania tajemnicy misteriów został już wcześniej wskazany – chodzi o moc, jaka jest nierozłącznie związana z prawdziwą wiedzą posiadaną przez mistrza. Kara za złamanie uroczyście i dobrowolnie złożonych ślubów mogła niekiedy być dosłownie wykonywana przez agentów loży w średniowieczu czy czasach przedchrześcijańskich; jednak w naszych czasach owe straszliwe kary bez wątpienia oznaczają „potępienie przez wszystkich uczciwych ludzi i masonów”.

Podczas prawdziwych inicjacji w rzeczywiste okultystyczne misteria kara za niegodność we wszelkich jej przejawach polegała na tym, że odstępca sam stawał się ofiarą sił, które przywołał. Stworzył on własnego „Frankensteina”, którego nie był już w stanie kontrolować – i który go niszczył. Dlatego ostrzeżenie było prawdziwe i konieczne, lecz rzeczywista metoda jego wykonania była zasłonięta – opisywano je jedynie jako straszliwe.

Na Zachodzie wiadomo wciąż zbyt mało o prawdziwym okultyzmie, by dalsze wyjaśnienia były zrozumiałe. Każda przestrzeń i każda płaszczyzna natury pełna jest życia i inteligencji, a „Strażnik Progu” Bulwera może być ani żartem, ani czystą fikcją, jak to dobitnie dowodzą liczne przypadki opętań opisane w annałach medycyny i spirytyzmu. „Zwierzchności i moce powietrza”, o których wspomina apostoł, a które kabała szczegółowo opisuje, są tymi samymi istotami elementarnymi, ukrycie przedstawionymi w starożytnej literaturze okultystycznej.

Kiedy zostanie poznana prawdziwa natura opętania oraz charakter tych zdeprawowanych bytów, dopiero wtedy zobaczy się, jak niewiele można zyskać, a jak wiele stracić, wzywając je. W tym właśnie tkwi powód, dla którego należy zniechęcać do mediumizmu i traktować go jako chorobę lub co najwyżej jako nieszczęście. Prawdziwe jasnowidzenie zasadniczo różni się od wszelkiej formy opętania. Jeśli jasnowidzenie można porównać do ekstazy niewinnego i szczęśliwego dziecka, to opętanie można porównać do delirium, upojenia lub obłędu.

Z powyższego można zatem wyrobić sobie pewne wyobrażenie o źródle i charakterze kar za złamanie obowiązków, jakie nakłada się na neofitę w misteriach. W „Tajemnicy Cloomber” Conan Doyle przedstawia ową „ideę”, lecz czyni z aktu wymierzania kary coś zarazem fantastycznego, straszliwego i niemożliwego. Żaden prawdziwy mistrz, nawet taki, jakiego autor sportretował, nie mógłby odegrać tak nieudolnej roli kata, jaką mu przypisał; raczej pozostawiłby przestępcę sidłom i zasadzką własnego tworu. Wyobraźnia powieściopisarza nie jest w stanie dopełnić filozofii prawdziwego okultyzmu.

Opowieści, które przetrwały o wspaniałej okazałości i niemal nadludzkich próbach, jakie towarzyszyły wtajemniczeniu w misteria – od starożytnego Egiptu aż po epikurejczyków Toma Moore’a – dotyczyły wszystkich różnych stopni Mniejszych Misteriów. Tajemnice Wielkich Misteriów nigdy nie zostały spisane ani opowiedziane. Czym one były, można pojąć jedynie poprzez pełną filozoficzną wiedzę o tym, czym naprawdę jest inicjacja. Prawdopodobnie nigdy nie zdradzono tego w indywidualnym przypadku, ani nie należy przypuszczać, że kiedykolwiek zostanie to objawione, ponieważ – jak wykazano w poprzednich rozdziałach – oznacza to „stać twarzą w twarz przed własnym Bogiem”, czyli przed Wyższym Ja, które spoczywa w uśpieniu w każdym człowieku, a teraz zostaje w pełni objawione. Dotyczy to rzeczy „niewysłowionych”, o których mówił św. Paweł, będący wtajemniczonym.

Filozofię całego procesu można jednak po prostu rozumieć jako dopełnienie Wyższej Ewolucji. Filozofia ta dla tego, kto potrafi ją zrozumieć, zajmuje miejsce całej nauki Mniejszych Misteriów – z wyjątkiem tej praktycznej wiedzy i ostatecznego wychowania neofity, które czynią go zdolnym do wejścia w Wielkie Misteria. O ile chodzi jedynie o nauczanie czy zrozumienie tego, co należy czynić i jak to czynić, filozofia jest nauczycielem i dla obecnej epoki intelektualnej jest stosowniejsza niż jakakolwiek inna forma nauczania. Jeśli powstanie szkoła dla odrodzenia Zaginionych Misteriów Starożytności, to godni i odpowiednio przygotowani neofici znajdą w niej z pewnością nie tylko wskazówki, ale i praktyczne wychowanie.

Dotąd w tej pracy podane zostały jedynie wskazówki, zarysy, sugestie, uwagi czy odniesienia; każdy inteligentny czytelnik musiał dostrzec trudność opisu tego, co nigdy nie powinno zostać ujawnione. Podejmiemy się teraz przedstawić diagram lub obraz idei, która niczym temat w kompozycji muzycznej przewija się przez całą historię. Idea ta pojawia się tu i ówdzie w dziejach, ale nie jest samą historią – z powodów już jasno wskazanych. Diagram (zob. tablica II) jest symbolem tajemnej nauki i niektórych jej głównych odgałęzień i ośrodków. Jak wszystkie symbole, nie jest on rzeczą symbolizowaną; i jak już wyjaśniono, nie jest to historia wielkiej Loży ani tajemnej nauki.

Gdyby z czasem zostało udowodnione, że wielka Loża miała historycznie swoją pierwszą siedzibę w Egipcie lub Etiopii – co jest możliwe – zamiast w starożytnych Indiach, czy też w Irlandii – co również nie jest niemożliwe – albo na kontynencie Atlantydy – co jest jeszcze bardziej prawdopodobne – nie zmieniłoby to nic w naszym diagramie, ponieważ, jak wielokrotnie powtarzano, nie jest on przeznaczony do przedstawiania historii, lecz wpływu pewnej idei na cywilizacje i religie świata.

Kiedy prawdziwa i pełna historia tzw. brytyjskich druidów zostanie napisana, wówczas zostanie odczytana legenda obecnie „Nieszczęsnej Szmaragdowej Wyspy”, a piękna opowieść o Wenus wyłaniającej się z morskiej piany nie będzie najwspanialszą i najpiękniejszą z irlandzkich legend.

Według naukowej zasady, że każdy skutek musi mieć odpowiednią przyczynę, mamy prawo przypuszczać, iż granice (landmarki) masonerii i tradycje tajemnej nauki rzeczywiście nie są bezpodstawne. Co więcej: im dalej cofamy się w historii, a nawet poza jej początek, tym bardziej imponujące stają się pomniki tajemnej wiedzy. Pitagoras i Platon znaleźli całą swoją wiedzę już gotową w egipskich i babilońskich misteriach. Im głębiej sięgamy w przeszłość, tym wznioślejsze stają się dawne pomniki. Zodiak i piramidy same przez się świadczą – poprzez znajomość astronomii, mechaniki, matematyki i architektury, jaką zdradzają – o istnieniu nauki w czasach prehistorycznych, której my, ludzie współcześni, nie byliśmy jeszcze w stanie ani naśladować, ani nawet odczytać.

Jesteśmy jak górnicy, którzy podążają za żyłą złota w skalnych wyrobiskach. Tu i ówdzie ukazuje się drogocenne złoto i znów ginie z oczu; im dalej posuwamy się naprzód, tym bogatsze się staje, aż dochodzimy do niezachwianego przekonania, że głęboko we wnętrzu ziemi, lub pod łańcuchem górskim, musi istnieć wielka żyła – złotonośne zagłębienie gruntu, będące rzeczywistym źródłem całego ukrytego skarbu. Analogia ta jest pełna i wniosek naukowy.

Jeśli jednak dawne pomniki na płaszczyźnie fizycznej są nietykalne, a te na niebie nieosiągalne, to jeszcze bardziej transcendentalne są one w dziedzinach intelektualnych i duchowych. Nie istnieje żadna religia, żadna nauka ani żadna filozofia znana człowiekowi, której nie można by prześledzić aż do starożytnych Indii – z tą różnicą, że dziś posiadamy jedynie fragmenty, połamane kolumny, wyblakłe obrazy pełnej i doskonałej struktury, jaka niegdyś istniała.

Najstarsze księgi czy pisemne przekazy, jakie znamy dzisiaj, jak egipskie rytuały śmierci czy hymny Wed, zostały dopiero w minimalnym stopniu przełożone w swoim znaczeniu. Takie tłumaczenia, jakie nam dotychczas podano, są zarówno powierzchowne, jak i literalne, a wewnętrzne znaczenie – zawsze wyrażane w symbolach – ukazuje się jedynie rzadko. Interpretacja, jaką nadali im filolodzy – spośród których niewielu można nazwać symbologami, a w Europie ani jednego prawdziwego okultystę – głosi, że są to prymitywne wyobrażenia nieuformowanego ludu, który nic nie wiedział o nauce i oddany był zabobonowi.

Tłumacze ci zdobyli sobie sławę jako „wielcy orientaliści” i bez wątpienia dokonali wielkiego dzieła, czyniąc dawne języki dostępnymi dla współczesnych czasów i czyniąc, co w ich mocy, aby zinterpretować starożytne wierzenia. Jednak niemal we wszystkich przypadkach orientaliści ci byli pod wpływem tradycji i mylących sposobów myślenia nowożytnego chrześcijaństwa. W innym rozdziale tej pracy wskazano, jak nieskończone wysiłki podejmowali uczeni mnisi i gorliwi duchowni, aby zniszczyć te dawne przekazy i zniekształcić je poprzez fałszerstwa i wymysły, tak aby chrześcijańskie dokumenty i tradycje pozostały niepodważone. Nawet nasi najlepsi orientaliści byli nieświadomie pod wpływem rezultatów uzyskanych w ten sposób.

Kiedy uczniowie Zachodu będą zdolni i gotowi przyjąć prawdziwą interpretację dawnego symbolizmu, możliwe, że znajdą się urodzeni uczniowie, którzy będą znali nie tylko sanskryt, lecz będą również gruntownie zaznajomieni z tajemną nauką.

Weźmy tylko jeden przykład. Teoria atomu, o której wiadomo, że była mniej lub bardziej znana niektórym starożytnym autorom greckim, uczyniła ogromny postęp w nowożytnej nauce. Ale w żadnej z form pojmowanych przez współczesną naukę – a formy te były liczne i sprzeczne – teoria ta nie okazała się wystarczająca, by wyjaśnić wszystkie obserwowane zjawiska. Dlatego dla nas pozostaje ona hipotezą, nie prawem. Atomy współczesnej nauki – czy to uznawane za stałe, płynne, gazowe, czy eteryczne (bowiem uważano je za to wszystko) – wciąż są traktowane jako martwe atomy. Nawet jeśli uznaje się je za czysto neutralne centra lub „punkty matematyczne”, nadal są one dalekie od życia i inteligencji. Leibniz pojmował je jako monady – każda była żywym zwierciadłem wszechświata, każda odbijała każdą inną monadę.

„Porównajmy ten pogląd” – mówi pewien nowożytny autor – „z owym niepewnym sanskryckim śloka, przetłumaczonym przez Sir Williama Jonesa, w którym powiedziano, że twórcze źródło boskiego ducha (mind), ukryte w zasłonie gęstej ciemności, utworzyło zwierciadło ze wszystkich atomów świata i rzucało odbicia z jego powierzchni na każdy atom.”

Kiedy dowiemy się więcej o promienistej materii i promieniach rentgenowskich, zbliżymy się znacznie bardziej do owej dawnej teorii atomu i nie będziemy już postrzegać materii jako „martwej i bezczynnej”.

Hymny Wed były bez wątpienia pierwotną, alegoryczną formą tajemnej nauki, a riszi – zwani „bogami”, a w rzeczywistości Wzniosłymi i Doskonałymi Mistrzami – byli ich twórcami. Jeszcze przed czasami Wed działała wielka Loża adeptów, którzy stworzyli religię, wywarli wpływ na cywilizację i nauczali głębokiej wiedzy, która uczyniła Indie wielkimi. Nawet jeśli pozostały jedynie tradycje i ruiny pomników, przewyższają one wszystkie nowoczesne osiągnięcia człowieka.

Starożytne rządy były patriarchalne; władca był jednocześnie mistrzem-wtajemniczonym, a lud uważany był za jego dzieci. W tamtych dawnych czasach panujący książę nie uważał za ujmę dla swej godności udać się samotnie na pustynię i usiąść u stóp natchnionego pustelnika, aby zdobyć większą mądrość, którą mógłby później przekazać swojemu ludowi.

Gdy zostanie ujawniony prawdziwy sens wedyjskiego symbolizmu, zapewne okaże się, że nie naucza on zabobonu i bałwochwalstwa, lecz jest najcieńszą zasłoną, jaka kiedykolwiek spoczęła między najwyższą mądrością a ludzkim pojmowaniem. Dawni bogowie byli symbolicznymi lub personifikowanymi atrybutami natury, za pomocą których człowiek uczył się pojmować istnienie najwyższego ducha. Nie był to politeizm ani bałwochwalstwo, lecz system nauczania tego, czego w ogóle nie można było zdefiniować; wskazywania poprzez symbol, przypowieść i alegorię na to, co na zawsze musi pozostać nieznane i niepoznawalne.

Żadne znane człowiekowi dzieło muzyczne nie wydaje się w połowie tak piękne, jak niektóre z tych dawnych przypowieści i alegorii. Opisywano nie tylko każdą ofiarę miłości i obowiązku, każdą radość domową, ilustrowano codzienne powinności życiowe, bohaterskie czyny, oddanie i poświęcenie – ale czyniono to w języku tak muzycznym, w rytmie i metrum tak doskonałym, że opowieść stawała się bardziej symfonią niż poematem. Cała kompozycja była mantramem. Na niemal każdej stronie Anugitā mówi się – w odniesieniu do tego czy owego – „opowiadają tę starą historię w formie dialogu, który przebiegł tak czy inaczej.”

Choć Indie dzisiejsze przypominają starą dziecinną kobietę, a jego kapłani stali się harpijami, które pożerają jego duchowe życie, to tradycje jego pierwotnej wielkości nigdy nie mogą być pomniejszone ani zniszczone.

W dawnych czasach bramin był rzeczywiście „dwakroć narodzony” i dopiero drugie narodzenie czyniło go braminem. Przypowieść zatem nie została wymyślona, aby ukrywać prawdę przed tymi, którzy mogli ją pojąć, ani aby utrzymać lud w niewiedzy, by zachować władzę kapłanów i władców. Władza nie pochodziła z ludu, lecz z posiadania wzniosłej wiedzy; a ta stale praktykowana i objaśniana przez przykłady wiedza była cechą i znamieniem autorytetu. Takiemu kapłaństwu lud posłusznie się podporządkowywał. Bramy inicjacji były otwarte dla wszystkich, którzy rozwinęli zdolność „wiedzieć, odważyć się, działać i milczeć” w odniesieniu do tego, co nie powinno było być przedwcześnie ujawnione.

Przy świetle wielkiej Loży pośrodku religia ludu była doskonałym przedstawicielem nauki i filozofii, w której nie było miejsca na zabobon czy bałwochwalstwo – stąd symetria w naszym diagramie dawnej religii mądrości. Religia Indii, inspirowana przez wielką Lożę, znalazła swój wyraz w hymnacha Wed. To był dawny braminizm – religia Brahmy, ojca-matki wszechświata.

Lecz z czasem kapłaństwo uległo zepsuciu, a lud porzucił dawną cześć. Wówczas przyszedł Kryszna, a później Budda, aby odbudować to, co utracone. Bramini, nie będąc już „dwakroć narodzeni”, lecz tylko kapłańską kastą, która chciwie goniła za zewnętrzną władzą, odkąd przestali być prawdziwymi mistrzami, zbuntowali się – i misja Buddy została w Indiach w dużej mierze udaremniona, znajdując krąg swych wyznawców jedynie na Cejlonie, w odległych krajach i na wyspach morskich.

Za religiami Egiptu i Chaldei kryła się ta sama tajemna nauka albo te same misteria, i one również były naukowe czy filozoficzne. Jednak Egipt i Chaldea powtórzyły błąd Indii i upadły wraz z upokorzeniem swych religii. Istniały jeszcze tradycje tajemnej nauki i mistrzowie tacy jak Hermes, Zoroaster, Konfucjusz i Laozi pojawiali się stopniowo w różnych krajach, aby ożywić dawną religię pod nową nazwą i często w innej symbolicznej formie. Pitagoras i szkoły perskich magów przez wieki utrzymywały prawdziwe światło płonące.

Podbój Egiptu przez Kambyzesa – jak już wspomniano – dopełnił ruiny kraju faraonów, a Pitagoras i Platon stali się ogniwami łączącymi starożytną filozofię z erą chrześcijańską, razem z żydowską kabałą, które wszystkie wywodziły się z misteriów Egiptu i Chaldei, prawdopodobnie w większości z tej ostatniej.

Chrześcijańskie misteria zostały zaczerpnięte od esseńczyków, szkół aleksandryjskich (które wówczas były w pełnym rozkwicie), z kabały i filozofii Platona. W pierwszych trzech stuleciach naszej ery nauki te cieszyły się dużą popularnością, lecz ostatecznie zostały stłumione przez zwycięstwo Konstantyna – i wtedy nadeszły wieki ciemne.

Religia Jezusa była pod każdym względem religią misteriów – była tą samą dawną religią mądrości, choć jej etyczne cechy zostały mocniej podkreślone wobec ludu, który nazywano „plemieniem żmijowym” i „narodem twardego karku i buntowniczym”. Z czasem nauki etyczne ustąpiły miejsca rzemiosłu i władzy kapłańskiej, doczesnej potędze i podbojom – a religia Konstantyna*) została zastąpiona przez „Świętą Inkwizycję”, religię tortur i przelewu krwi.

Sufi pośród zwycięskich mahometan znali tajemną naukę, lecz ich moc przygasła wobec „miecza proroka”.


*) Tu w tekście oryginalnym: „Religia Konstantyna” – aluzja do chrześcijaństwa po edykcie mediolańskim (313 r.), które po zwycięstwie Konstantyna stało się religią państwową.


Masonerię można, choć nie wywodzi się ona w prostej linii ze starożytnych misteriów, słusznie uważać za ogniwo łączące dawną mądrość z czasami obecnymi. Naśladując wiele dawnych rytów i ceremonii, zachowując wiele starych kamieni granicznych (landmarków) i przekazując współczesności wielki ideał, masoneria jawi się jako jeden z największych dobroczyńców teraźniejszości. Nawet jeśli ocaliła jedynie zniszczone fragmenty niegdysiejszej wielkości, pielęgnowała je i chroniła jako cenne dziedzictwo.

Czy masoni rzeczywiście podejmą szlachetne i wspaniałe dzieło odbudowy Miasta i Świątyni Pana? Czy zechcą się zjednoczyć, aby przywrócić pierwotną mądrość i świetność? Czy będą gorliwie szukać pod zwałami gruzu „kamienia, który odrzucili budujący”, oraz „Zaginionego Słowa Mistrza”? Ach! Któż może to powiedzieć?


[1] Por. Eugen Heinrich Schmitt, Die Kulturbedingungen der christlichen Dogmen (popr. z: „Pogmen”). Leipzig 1901.


Istnieje jeszcze inne ogniwo w naszym łańcuchu dowodów i w naszej linii przekazu. Uściski, znaki i hasła, dzięki którym mason rozpoznaje brata, należą do Mniejszych Misteriów. Prawdziwy Mistrz rozpoznaje swego współbrata po innych znakach. Powiedziano już, że prawdziwy adept jest zarówno jasnowidzący, jak i jasnosłyszący. Wokół każdej istoty ludzkiej istnieje atmosfera magnetyczna, emanacja – coś podobnego otacza też każde zwierzę i każdy przedmiot nieożywiony. Każdy odczuwa tę magnetyczną aurę, gdy styka się z innymi, choć często może jej nie widzieć i nie być świadomym jej działania. Ta atmosfera jednostki jest źródłem tak zwanej „sympatii” i „antypatii”, czyli przyciągania i odpychania. Nie jest urojeniem, lecz rzeczywistością. Jest ogniskowym rezultatem indywidualnego charakteru i zawiera wszystkie potencje oraz właściwości życia jednostki. Jest złożona, magnetyczna, ma określony sposób ruchu i określoną barwę. Może być przez innych wchłaniana i na innych przenoszona. Właściwe jej wibracje są współzależnym wynikiem złożonych i różnorodnych zdolności zasad (pierwiastków) w człowieku.[2]

Tak oto ton podstawowy (klucz) w każdym człowieku jest – jako fakt naukowy – określony w materii. U człowieka zmysłowego oraz u wszystkich poniżonych przez namiętność i samolubstwo barwa tej aury jest czerwona jak grzebień koguta; a odczucie, jakie wywołuje ona u wrażliwego i czystego, bywa często opisywane jako gorące i duszące. U jednostki bezinteresownej i prawego umysłu barwa waha się między złocistożółtą a błękitną, a wrażenie na osobie wrażliwej opisywane jest jako chłodne, kojące i inspirujące.

Jeżeli powyższe jest prawdą – a łatwo to potwierdzić – i jeżeli prawdziwy Mistrz potrafi widzieć wszystkie te stany, które dla innych są niewidzialne, nie potrzebuje on „uścisków, znaków czy haseł”, aby rozpoznać brata. Człowiek zdradza swój charakter, pochodzenie, ideały i całe minione życie w każdej linii swej twarzy, w zarysie i postawie ciała, w chodzie, w piśmie, w liniach dłoni, w tonie głosu, w wyrazie oczu; krótko mówiąc – nikt nie posiada charakteru: charakter to po prostu to, czym jest, nic od niego odrębnego. Nie trzeba być Mistrzem, by to wszystko dostrzec; trzeba jedynie obserwować, myśleć i wyciągać logiczne wnioski z tego, co się widzi.

W zwykłym biegu życia wszyscy artyści, muzycy, mechanicy rozpoznają po znajomych i niezawodnych znakach swoich kolegów po fachu. Trudno sobie wyobrazić, by w nauce wyższej oraz w przypadku głębszego badacza czy adepta znaki charakteru miały być mniej wyraźne, albo by adept – obdarzony znacznie subtelniejszymi zmysłami i większą miarą wiedzy – mógł mylić się w ich odczytywaniu. Jednostka naprawdę szczera i pobożna nie omieszka dopatrzyć się szczerości i prawdziwego oddania u znajomego czy u jakiejkolwiek postaci w historii, która posiadała te cnoty.

Tak uczeń Świętej Nauki, czyli okultyzmu – choć sam nie jest adeptem – uczy się po znakach niezawodnych rozpoznawać tych, w teraźniejszości lub przeszłości, którzy naprawdę znają prawdziwą mądrość. Jego znaki i symbole to nie skradzione szibbo­lety (hasła rozpoznawcze), dzięki którym prawdziwy uczeń mógłby zostać zdradzony. Każdy mason zna dość języka obrazów, czyli sztuki mówienia, aby móc o wielu sprawach mówić w obecności innych, nie ujawniając tajemnic Loży. Nawet środowiska przestępcze mają swoje dialekty lub patois.

Historia pełna jest pretendentów do okultyzmu. Sama pretensjonalność jest oznaką ignorancji, a twierdzenie, że „sprzedaje się prawdę”, jest zawsze znakiem oszustwa. W historii jest jednak wiele nazwisk obrzucanych obelgami, których nosicieli oskarżano o oszustwo i zwodzenie, a przecież byli oni prawdziwymi adeptami, jeśli nie doskonałymi Mistrzami. Musimy odróżnić samooskarżenie (samo-kompromitację), pochodzące z ust samego pretendenta, od oskarżeń wysuwanych przez innych i niepopartych żadnymi dowodami. Pretendent bywa często obdarzany zaszczytami i pławi się w dostatku jako zapłacie za podstęp i kłamstwo, za oszukaństwo i korupcję, którą umie wystarczająco zręcznie ukryć. Z drugiej strony prawdziwy Mistrz nie raz bywał przez lud wieszany na szubienicy, a przez Kościół przeklinany, ponieważ nie był niewolniczo posłuszny duchowi czasu ani nie godził się zamieniać prawdy na złoto.

W całym biegu dziejów można odnaleźć tych, którzy posiadali prawdziwe światło. Skoro skrywali swoją mądrość – podobnie jak własną tożsamość – przed pospolitym dotykiem i nierozumnym ubóstwieniem, przeszli po ziemi niewidzeni i niesłyszani dla wielu; swym współbraciom i wszystkim szukającym prawdziwej mądrości byli jednak zawsze znani. Niewiedza pospólstwa, gorliwość zabobonnych i „namiestników Boga” nieraz czyniły smutne spustoszenia wśród sług Wielkiej Loży, a przecież nigdy nie zostali oni całkowicie wytępieni; istnieli zawsze, by dawać świadectwo – i istnieją po dziś dzień! Jeśli czytelnik zechce to wszystko odrzucić, rzecz jasna prawdziwym adeptom będzie to obojętne, a z pewnością nie dotknie to autora. Nie można uczynić nic więcej ponad szczere potwierdzenie tego, w co się wierzy, i dowodzenie tego, co rozpoznano jako prawdę.

Adepci ci, czyli Mistrzowie, tworzyli w każdym wieku Wielką Lożę. Czy zbierali się pod sklepionymi kopułami, czy spotykali się o oznaczonych porach – nikt nie może wiedzieć, kto nie należy do tego samego stopnia. Jedno jest jednak pewne: przynoszą oni światu pomoc i wiedzę wtedy, gdy są najbardziej potrzebne, i działają dziś na Zachodzie tak, jak nie czynili tego przez wiele mrocznych stuleci. Mogą działać, ponieważ grunt został dla nich przygotowany przez „tego, który wiedział” i który służył im aż do śmierci, mimo pogardy i oszczerstw. Pomogli im też liczni nieświadomi, lecz wierni w istnienie ich i w ich dzieło – nagradzani na każdym kroku „większym światłem”.

Niemal równocześnie z końcem XIX wieku następuje domknięcie wielkiego cyklu: mianowicie pierwszego cyklu pięciu tysięcy lat Kali Yugi. Oprócz niezwykłych koniunkcji astronomicznych, wielu zaburzeń w przestrzeni, trzęsień ziemi, cyklonów i powodzi zapowiedziano także wielkie przewroty społeczne, zmiany polityczne oraz zarówno duchowe, jak i fizyczne epidemie. Innymi słowy – jak już jest widoczne dla wszystkich, którzy odczytują znaki czasów – teraźniejszość jest okresem przejściowym, a jakiekolwiek wpływy ukształtują XX stulecie, muszą rozpocząć swe działanie w chwili obecnej. Teraz jest czas siewu – żniwo będzie dojrzewać stopniowo!

Posłowie. – Można by przytoczyć wiele wskazówek z literatury, które świadczą o istnieniu Wielkiej Loży. Dość wspomnieć dwa: ten w Życiu Apoloniusza z Tiany o jego wizycie u adeptów Indii oraz relację o Flamelu i adeptach w starym dziele Campbella, zatytułowanym Hermippus Redivivus. Obecnym zamiarem jest jednak raczej rozwinięcie pewnej filozofii niż gromadzenie faktów – wyjaśnienie, czym jest Mistrz, bardziej niż wskazywanie ich przybytków.

(Ciąg dalszy: Rozdział IX. Symbolizm oraz Zakończenie w zeszycie 6.)

Przypisy:

[1] Por. Eugen Heinrich Schmitt, Die Kulturbedingungen der christlichen Dogmen (poprawiono oczywistą literówkę „Pogmen” → „Dogmen”). Leipzig 1901.

[2] Por. Die menschliche Aura prof. dr med. Marques, Neue Metaphysische Rundschau, Band VII i VIII (poprawiono skany: „Yergl.” → „Vergl.”; „raed.” → „med.”; „YH/YHI” → „VII/VIII”).

źródło: Mystische Maurerei. (Fortsetzung: Kapitel VIII. Die erhabene Loge.); Neue Metaphysische Rundschau – Band XII 1905, april – may.