Heinrich Schliemann
Vigee Lavalette
ZA PLEBANIĄ w małej wiosce północnych Niemiec znajduje się staw. O północy wynurza się z niego panna z srebrną misą; w tej wiosce opowiadano o tym od niepamiętnych czasów i dlatego wodę tę nazywa się „małą srebrną misą”. Ale w Ankershagen jest także wzgórze; to właśnie tam pewien rycerz-rabuś zakopał swoje ulubione dziecko w złotej kołysce.
Pastor Schliemann miał siedmioro dzieci, chorą żonę i niewielkie możliwości oszczędzania. Pod koniec miesiąca często brakowało pieniędzy i stale wzdychał nad swoimi długami.
– Tato, dlaczego nie wykopiesz srebrnej misy albo złotej kołyski? – pytał go z wyrzutem sześcioletni Heinrich.
Pastor tylko się uśmiechał. Długie zimowe wieczory spędzał, opowiadając o zaginionym Pompejach i wojnie trojańskiej. – Jeśli Troja została zniszczona – wyjaśniał – to nie pozostał po niej żaden ślad.
W Boże Narodzenie 1829 roku siedmioletni chłopiec otrzymał w prezencie „Historię świata dla dzieci” Jerreta. Był tam obraz płonącej Troi – Eneasz uciekający, niosący ojca Anchizesa na plecach i prowadzący za rękę małego Askaniosa.
– Tato, mylisz się – cieszył się Heinrich – Jerret musiał widzieć Troję, inaczej nie mógłby jej tutaj przedstawić.
– Synu, to tylko wyobrażeniowy obraz.
– Ale czy uważasz, że mury były naprawdę tak grube?
– Oczywiście.
– Więc nie mogły zostać zniszczone. Muszą być zakopane pod gruzami.
Pastor w to nie wierzył. Nie wierzyli także koledzy z klasy, którym Heinrich z dumą opowiadał o przygodach z Odysei i historii Troi. Tylko dwoje jego przyjaciół traktowało sprawę poważnie, a jedna z nich miała na imię Minna. Gdy dorośnie, miała poślubić Heinricha, a razem odnaleźć złotą kołyskę, srebrną misę, a w końcu także miasto Troję.
Nieszczęście i śmierć spadły na rodzinę Schliemannów. W wieku czternastu lat Heinrich musiał przerwać naukę i podjąć pracę. Płacząc, pożegnał Minnę. Jako praktykant w sklepie spożywczym w małym miasteczku sprzedawał śledzie, masło, ziemniaki i wódkę. Praca nie pozostawiała czasu na czytanie – od piątej rano do jedenastej w nocy był ciągle na nogach.
Pewnego wieczoru do sklepu wszedł młynarz. On także był synem pastora. Pamiętał lepsze czasy. Jego wymowa wcale nie zatraciła akcentu, a wspomnienia były żywe: przed sklepikarzem recytował wzruszające wersety po grecku z Iliady Homera. Heinrich Schliemann nie rozumiał ani słowa, ale wielkie łzy spływały mu po policzkach. Nalał młynarzowi trzy kieliszki wódki i zapłacił za nie ostatnimi pieniędzmi – byle tylko jeszcze raz usłyszeć te wersety. Od tamtej pory każdego wieczora modlił się do Boga o możliwość nauki greki. Nie wiedział, że pierwsze niemieckie tłumaczenie Iliady napisał czterdzieści lat wcześniej Voss, który również pochodził z Meklemburgii i zmarł, kiedy mały Heinrich – mając pięć lat – po raz pierwszy usłyszał o Troi w pastorówce w Ankershagen.
Heinrich miał dziewiętnaście lat. Pewnego dnia podnosząc ciężki worek, doznał kontuzji, wypluł krew i został zwolniony z pracy. Pieszo udał się do Hamburga. Ale żaden sklep nie chciał przyjąć chłopaka, który dostaje bólu w klatce piersiowej przy podnoszeniu ciężarów. W końcu kapitan brygu zatrudnił go jako chłopca okrętowego. Heinrich wymienił jedyny płaszcz na wełniany koc i wypłynęli. Ale po czternastu dniach utknęli na wybrzeżu Holandii. Heinrich Schliemann leżał z wybitymi dwoma zębami, a gdy po czterech godzinach odzyskał przytomność, usłyszał szept: „Przypływ się odwrócił. Wykorzystaj to.”
Nie miał płaszcza, jego klatka piersiowa była słaba, a twarz pokryta ranami. Kiedy niemiecki konsul chciał odesłać uratowaną załogę do Hamburga, chłopiec okrętowy Schliemann podszedł do niego i powiedział: – Postanowiłem zostać w Holandii.
Wkrótce potem amsterdamska firma eksportowa Schroeder & Co. zatrudniła go jako posłańca i za niewielką pensję musiał stemplować rachunki i listy oraz zanosić je na pocztę. Czytał w drodze, a gdziekolwiek szedł lub czekał, mówił do siebie na głos. W niedziele chodził na dwa nabożeństwa – ale tylko do kościoła angielskiego, i szeptem śledził kazania; tak Heinrich Schliemann nauczył się angielskiego w sześć miesięcy, a potem w kolejnych sześciu – francuskiego i holenderskiego. Połowę zarobków wydawał na nauczycieli języków, wysyłał pieniądze do domu, a na obiad przeznaczał tylko trzy półgrosze. Jego siostry nie mogły się nadziwić:
– Naprawdę czuję się, jakbym się na nowo narodził – pisał do sióstr.
Miał dwadzieścia jeden lat, gdy awansował na księgowego i nagle poczuł wielką chęć nauczenia się rosyjskiego. W całym Amsterdamie nie było nauczyciela; miał tylko słownik i złe tłumaczenie „Telemaka”. Jednak znalazł biednego Żyda, który za cztery franki tygodniowo zgodził się, można powiedzieć, być jego „echem” – słuchać rosyjskich słów księgowego, choć sam nie znał ani jednego słowa po rosyjsku. W sklepie inni skarżyli się na to ciągłe mówienie na głos. Heinrich Schliemann musiał często zmieniać pokój. Po sześciu tygodniach potrafił napisać list po rosyjsku do największego handlarza indygo w Moskwie. Cztery lata później był już jego wspólnikiem.
Natychmiast napisał list do Ankershagen: oświadczył się Minnnie. Ale dziewczyna już wyszła za mąż! Po raz pierwszy los sprzeciwił się Schliemannowi. Czy to możliwe, że to ona miała dostać „wszystkie nasze słodkie marzenia i wspaniałe plany, których spełnienie teraz wydaje się przede mną tak realne?”
To była „olśniewająca szansa”, niebywały sukces. Miesiąc po miesiącu towarzyszył Schliemannowi jako kupcowi. Szczupły, o brązowych włosach i przenikliwym spojrzeniu, władający ośmioma językami, od wczesnego rana do późnej nocy przebywał w kantorze. Trzy miesiące po przybyciu do Petersburga otrzymał zamówienie na saletrę chilijską o wartości 28 000 rubli. W drugim roku pożyczył 57 000 rubli oraz rozpoczął import i eksport na własny rachunek. Gdy jego brat zmarł w Ameryce, Schliemann udał się odwiedzić jego grób… lecz w dniu swoich dwudziestych dziewiątych urodzin przeżył katastrofę morską i został wyrzucony na brzeg Irlandii. Jednak kilka miesięcy później otworzył bank w Kalifornii i w ciągu osiemnastu miesięcy podwoił majątek, który tam przywiózł. Kochał Amerykę, kraj, w którym każdy czuje się jak u siebie, gdzie znalazł „wolność słowa, wolność wyznania i wolność prasy, gdzie… każdy człowiek jest królem”. Przebywając tam 4 lipca 1850 roku, w dniu, w którym Kalifornia stała się stanem, automatycznie stał się obywatelem amerykańskim.
Czy miał zapomnieć o swej dawnej Grecji na wolnym Zachodzie? Wydawało się, że tak. Wtedy jednak zaatakowała go gorączka. Los przywiódł go z powrotem do Petersburga.
Po raz kolejny odważył się na coś, czego nie uczyniłby nikt inny. Spekulował i wygrywał; jego towary ocalały, gdy innym spłonęły… W wieku trzydziestu pięciu lat miał już milion, żonę, dzieci i domy. Dysponując nieporównywalnym talentem językowym, mówił piętnastoma językami. Ale jeszcze nie greckim! Czy ostatecznie zapomniał o swojej modlitwie z dzieciństwa?
„Zawsze pragnąłem nauczyć się greki; lecz nie wydawało mi się to możliwe przed wojną krymską, obawiałem się bowiem, że potężna magia tego wspaniałego języka pochłonie zbyt wiele mojego czasu, a przez to ucierpią moje interesy handlowe. Podczas wojny byłem przeciążony obowiązkami… Lecz gdy w styczniu 1856 roku do Petersburga dotarły pierwsze wieści o pokoju, nie mogłem już dłużej tłumić tego pragnienia… Czy na całym świecie jest jeszcze ktoś, kto czekałby z nauką greki aż do końca wojny? Kupiec, który w dni powszednie handluje indygo, olejem, bawełną i herbatą, a w niedziele czyta „niebiańskie wersety Homera” raz za razem?”
Trzydzieści pięć lat! Punkt zwrotny w życiu człowieka, gdy wyrasta ponad ciche działanie bogów, gdy jego „ja” zaczyna albo triumfalnie rozkwitać w pełni życia, albo cicho przygasać…
W środku życia, od listopada do stycznia, Heinrich Schliemann drżał z powodu trzech milionów marek, które miał do odzyskania. Gdyby je stracił, wszystko poszłoby na marne, a wszystkie jego plany zostałyby zniweczone. Właśnie wtedy posiwiał i zmądrzał. Gdy okazało się, że strata wynosi „tylko” 350 000 talarów, spakował kufry. Skandynawia, Niemcy, Włochy, Egipt, Jerozolima, Mekka… Dopiero w drodze powrotnej udał się do Aten. Jednak gdy już miał odpłynąć na Itakę, do ojczyzny Odyseusza, dotarła do niego wiadomość z Rosji: wszczęto przeciwko niemu proces sądowy i jego majątek znów był zagrożony.
Rosja znów go dogoniła. W senacie petersburskim sprawy potrafiły ciągnąć się trzy lub cztery lata. Pracował bardziej niezmordowanie niż kiedykolwiek, przerywając zajęcia tylko Homerem w niedziele. Liczył, negocjował, spekulował; zawsze miał szczęście, a czasem wydawał się wręcz opętany przez pieniądze. W ciągu sześciu miesięcy obrócił dziesięcioma milionami marek. Co miało zwyciężyć: cel czy środki?
„Wśród całego zgiełku życia handlowego nigdy nie przestałem myśleć o Troi i o umowie zawartej z ojcem i Minną w 1830 roku, że pewnego dnia ją odkopiemy. Naprawdę, moje serce nie było przy pieniądzach, traktowałem je jedynie jako środek do realizacji celu mojego życia.”
Gdy tylko proces został wygrany, a ostatnia płatność uregulowana, Schliemann sprzedał firmę. Odbył podróż dookoła świata, w pośpiechu studiował archeologię w Paryżu, a ponieważ żona odmówiła towarzyszenia mu, zakończył swoje nigdy szczęśliwe małżeństwo.
Wkrótce potem arcybiskup Aten otrzymał następujący list:
„Proszę, aby wraz z odpowiedzią załączył Wasza Eminencja portret jakiejś pięknej Greczynki… Będę nosił tę fotografię w portfelu i tym samym zabezpieczę się przed niebezpieczeństwem poślubienia innej niż Greczynka. Powinna być biedna, ale dobrze wykształcona, musi być entuzjastką Homera i odrodzenia ukochanej przeze mnie Grecji…”
W Atenach zawrzało. Fantastycznie bogaty Niemiec-Amerykanin, który mieszkał w najlepszym hotelu w mieście, szukał biednej greckiej żony! Sto pięćdziesiąt pań z matkami zgłosiło się na prezentację. Wybrano jedną o imieniu Sofia, szesnastoletnią i piękną jak Helena. Musiała przejść następujący egzamin przed przyszłym mężem:
„Kiedy cesarz Hadrian przybył do Aten? Które wersety Homera znasz na pamięć?”
– Jeśli to ma być twoje imię – powiedział, patrząc na nią przenikliwym wzrokiem zza okularów – będziemy mogli razem prowadzić wykopaliska i dzielić wspólny entuzjazm dla Homera.
Sophia i Heinrich należeli do siebie, jak Troja do Schliemanna; mówił do niej tylko po grecku, „w języku moich myśli i snów – w języku bogów.” Twierdził, że do wyboru tej dziewczyny poprowadziła go sama Atena Pallas. Miał swoje greckie zobowiązanie, milionowy majątek i czterdzieści sześć lat. Życie, jego życie, właśnie się zaczęło.
Obcokrajowiec przybył na Itakę; w słomkowym kapeluszu, z okularami i laską, wspinał się na górę Aetos. Był lipiec, a termometr wskazywał 125 stopni. Robotnicy musieli wykopywać dla niego wazony i mury. Wieczorami stawał na stole w środku jednej z wiosek na wyspie i czytał coś na głos, czego chłopi nie rozumieli. Potem tłumaczył. Itaka, mówił nieznajomy, była ojczyzną wielkiego króla o imieniu Odyseusz, a tam, na Aetos, znajduje się miejsce, gdzie po dwudziestoletniej rozłące znów spotkał Penelopę, najwierniejszą z kobiet; gdzie jego pies Argos przywitał go i umarł z radości.
Mężczyźni i kobiety płakali; nieznajomy płakał razem z nimi. Niesiono go w triumfie. Ale tak jak Odyseusz powrócił z Troi na Itakę, tak Schliemann podążył z Itaki do Troi, jakby prowadziło go samo przeznaczenie.
Bunarbashi, w północno-zachodnim rogu Azji Mniejszej, było miejscem, które eksperci uważali za Troję; Moltke, żołnierz, potwierdził to – o ile nie była to jedynie wizja Homera.
Przybył Schliemann, człowiek, który nie był archeologiem. Nie przywiózł ze sobą nic poza swoim Homerem i wewnętrzną wizją, którą porównywał z rzeczywistością przed sobą: „Ledwo mogłem zapanować nad wzruszeniem, gdy ujrzałem przed sobą rozległą równinę Troi, której obraz towarzyszył mi nawet w snach dzieciństwa. Tylko na pierwszy rzut oka wydawała mi się zbyt długa, a Troja – położona zbyt daleko od morza.”
Wędrował po okolicy i pił z „niebiańskiego Skamandra” – inni ludzie umierali od tej zatrutej wody; potem pewnym krokiem skierował się na niskie wzgórze Hissarlik. Ziemia należała do Amerykanina, który już prowadził tam wykopaliska, ale nic nie znalazł.
W głowie Schliemanna był kompletny plan miasta. Pośpiesznie napisał na ten temat rozprawę – po starogrecku – i otrzymał doktorat w Rostocku, zanim zaczął kopać.
11 października 1871 roku łopaty ruszyły do pracy na Hissarlik. Stu robotników, których niemal wszystkie języki Schliemann rozumiał, było opłacanych z jego własnej kieszeni. Nazywał ich derwiszami lub pielgrzymami, kapralami lub lekarzami – ale tylko Grecy spośród nich dostawali dumnie brzmiące imiona: Agamemnon! Eneasz! Jednocześnie zaciekle walczył z turecką biurokracją – po turecku, który to język minister w Konstantynopolu uznał za godny wysokiego kapłana muzułmańskiego. Sofia, jego siedemnastoletnia żona, była z nim – bratnia dusza na ziemi trojańskiej.
Rzymskie i późnogreckie znaleziska były gorączkowo odrzucane na bok. Nie szukał dzieł sztuki ani czasów historycznych; szukał Troi z Iliady! „Nie będę szczędził trudu ani kosztów.”
Dwa długie lata prowadził wykopaliska, przerywane tylko zimą. Żaby monotonnym rechotem rozbrzmiewały nad krainą pełną malarii, bociany przylatywały i odlatywały; czasem w nocy wpełzał pod przykrycie wąż. Sam Schliemann chorował na gorączkę i musiał leczyć całą okolicę rycyną i chininą. Europa drwiła: „Oczywiście nic nie znajdzie, Troja to bajka!” Ale on był „szczęśliwy jak król, bo mogę całkowicie oddać się mojemu wielkiemu celowi.”
Na głębokości pięciu metrów dotarli do VI wieku przed naszą erą; poniżej znajdowały się gliniane garnki lepione ręcznie, krzemienne noże – epoka kamienia.
„Czy to może wielki Priam?” – pytała złośliwie prasa europejska.
„Nie, to pierwsi ludzie, którzy przyszli tu po pożarze Troi” – odpowiadał Schliemann z niezachwianą pewnością. „Times” drukował jego raporty.
Głębiej. Praca stawała się niebezpieczna w sypkim gruncie. Spalona glina, okrągłe mury, brama… „Zniszczona, spalona Troja!”
Osiem i pół metra w głąb. Był gorący, czerwcowy poranek.
„Idź i ogłoś przerwę na południowy odpoczynek” – szepnął do żony.
„O siódmej rano?”
„Powiedz im, że dziś są moje urodziny i właśnie sobie o nich przypomniałem.”
Robotnicy się rozeszli, tylko Sofia została przy Schliemannie. Zobaczył to, czego nikt inny nie dostrzegł: złoto błyszczało spod kamienia. Tylko on mógł je wyciąć z twardej jak skała ziemi – ryzykował życie, bo wielki mur w każdej chwili groził zawaleniem…
Złote kubki, ważące całe funty, złote diademy, grzebienie, naszyjniki, wielkie srebrne dzbany. Królewski skarb. Skarb Priama! Raz po raz Sofia musiała przenosić ładunek owinięty w swoją dużą czerwoną chustę i zanosić do chaty. Czy to nie były naprawdę jego urodziny? Czyż Heinrich Schliemann nie wydobywał na światło dzienne historii własnej duszy?
Wieczorem tego dnia, 17 czerwca 1873 roku, odkrywca Troi wysłał swój ostatni raport do „Timesa” i zakończył rękopis: „Położyłem kres pracy mojego życia.”
Człowiek prowadzony dziecięcym marzeniem niepodważalnie udowodnił materialistycznemu wiekowi, że Troja nie jest legendą, i ocalił honor Homera-historyka.
Udowodnił? Wcale nie w sensie naukowym. Złoto Troi i trzy grobowce królewskie z Myken, skarby, jakich prawie nigdy nie znaleziono w takiej ilości, wykopane przez Heinricha Schliemanna i jego żonę, trafiły do muzeów. Po Akropolu był największą atrakcją Aten, sławny na cały świat, otrzymał od Anglików tytuł szlachecki. Ale eksperci pytali, czy ten dyletant, o którym mówiono, że dorobił się majątku na przemycie, nie kupił swoich znalezisk z drugiej ręki i nie ukrył ich w ziemi?
Jednak tego podejrzenia nie dało się utrzymać. Tak samo jak hipotezy niemieckiego profesora, że Troja była jedynie babilońskim cmentarzyskiem – bo pod 25 000 metrami sześciennymi gruzu znaleziono tylko trzy czaszki.
Ale czy można było traktować poważnie człowieka, który podczas wykopalisk telegrafował do greckiego ministra z prośbą o przysłanie malarza, ponieważ „zmarły o okrągłej twarzy” bardzo przypominał wyobrażenie Agamemnona, jakie sam sobie stworzył? Człowieka, który nie miał odpowiedzi, gdy ekspert zapytał go o ranę, jaką czaszka Agamemnona powinna wykazywać, skoro został zamordowany, i który powiedział: „Mówią, że nie wykopałem Agamemnona? W porządku, nazwijmy go Schulze!” Ten były kupiec „był zupełnie obcy wszelkim naukowym metodom czy podejściu do tematu i nie miał pojęcia, że istnieje określona metoda oraz dobrze sprecyzowana technika”. Mimo że swoim nieprawdopodobnym szczęściem wykopał więcej niż dwudziestu ekspertów przed nim, wciąż pozostawał tylko entuzjastą hellenizmu, nie archeologiem – kimś, kto nie wzbudzał zaufania. Poważne lipskie wydawnictwo Brockhaus dało do zrozumienia skompromitowanemu autorowi, że nie są już zainteresowani publikowaniem jego kolejnych książek.
Entuzjasta hellenizmu? Schliemann nigdy temu nie zaprzeczał. „Interesuje mnie tylko geografia homerycka i tylko Homer oraz sprawy z nim związane będą mnie interesować w przyszłości…” Wysyłał nauczycieli języków, zgłębiał coraz bardziej starogrecki, zwracał się do żony i dzieci używając wyrażeń z Homera i zapewniał – wyobrażając to sobie – ministra oświaty w Berlinie, jak bardzo ucieszył go fakt przeniesienia trojańskich zbiorów do Nowego Muzeum Królewskiego! Pewien grecki minister musiał zaakceptować telegram rozpoczynający się słowami: „Najdzielniejszemu pozdrowienie!” Nie wspominając już, że Schliemann trzymał egzemplarz Homera nad głową swego dwugodzinnego syna i recytował mu wersety Homera, zanim oddał go greckiemu księdzu do chrztu. W dniu swojego ślubu Sofia usłyszała przysięgę: „Na Zeusa, poślubię cię jeszcze raz w następnym świecie!” A Schliemann w wieku sześćdziesięciu dwóch lat pływał ze swoim prawnikiem w błękitnej zatoce Aten, ścigając się z nim i cytując wersy z Iliady, aż ten młodszy – z całą pewnością nie Schliemann – tracił oddech.
Był rzeczywiście „entuzjastą hellenizmu”! A kiedy ten sam entuzjasta czasem podróżował do Paryża, by zarządzać swoim majątkiem, lub w pośpiechu sprzedawał akcje na Kubie o wartości 30 000 funtów szterlingów i osiągał zysk, te działania potwierdzały jego zmysł biznesowy, ale z pewnością odbierały mu powagę uczonego.
To była długa, gorzka walka. Człowiek stał naprzeciw ślepoty swojego stulecia. Ale „Trojanin” w końcu zwyciężył. Kwestie sporne dotyczyły już tylko szczegółów, nie faktu jako takiego. „Długa kampania o istnienie Troi dobiegła końca”, musieli przyznać archeolodzy. Anglia miała zaszczyt uhonorować Schliemanna, a w jego ojczyźnie tylko nieliczni odważni uznali go za wielkiego człowieka. Czyż Homer nie znajdował zawsze szczególnej miłości właśnie w Anglii?
„W Londynie w zeszłym roku przez siedem tygodni przyjmowano mnie tak, jakbym odkrył dla Anglii nową część globu.” Książka Schliemanna o Mykenach po raz pierwszy ukazała się w Anglii, a na stronie dedykacyjnej widniał napis: „… ten opis moich odkryć … mający ilustrować POEMATY HOMERA.”
Sam Gladstone, dla którego Homer od zawsze uchodził za historyka i który sam interpretował teksty homeryckie, napisał przedmowę: „… w starożytnej poezji istniało Przeznaczenie silniejsze niż wola bogów. Dla mnie, przy tej okazji, dr Schliemann jest namiestnikiem i narzędziem tego Przeznaczenia. Czy można to było wyrazić lepiej? Los, który przygotowała Entelechia, kroczący od czynu do spełnienia, sam nieograniczony wolą bogów…”
Jednak Schliemann czasem wzdychał z żalem do jednego: „Chciałbym móc udowodnić, że Homer był naocznym świadkiem wojny trojańskiej. Niestety, nie mogę tego zrobić!” Jego serce czuło pokrewieństwo z tymi, którzy jak Odyseusz walczyli po stronie Greków o Troję – i należało do śpiewaka, który wieki później obdarzył bitwę nieśmiertelnością. Nie wiedział – nie mógł wiedzieć w ciemnościach, jakie spowijały jeszcze XIX wiek – że ta sama dusza tkwiła w Odyseuszu i Homerze.
Gdy jako nieznany podróżnik z Paryża do Aten stracił przytomność na Piazza della Santa Carità w Neapolu w Wigilię Bożego Narodzenia 1890 roku, jego misja dotycząca Troi była już zakończona.
Ale wydaje się, że w ostatnich latach tego niezwykłego życia pojawił się nowy cel. „Otrzymywał medale, był honorowany” – pisała Sofia Schliemann – „ale już wtedy rozmyślał, że w czasach, gdy rodziły się poematy homeryckie, gdy Troja rozkwitała, kultura egipska była już tysiące lat starsza. Znał już na pamięć najstarsze dynastie i uczył się arabskiego…”
Gdy miał sześćdziesiąt sześć lat, Heinrich Schliemann wynajął żaglówkę i popłynął w górę Nilu. „Ta Sofia, Greczynka, bez której ‘nic mu się nie udawało’, nie była z nim; towarzyszył mu natomiast przyjaciel, który urodził się w północnych Niemczech w tym samym czasie co on – Virchow, w którego nowym laboratorium patologicznym odradzała się cała wiedza o naturze. Grecja była już zamkniętym rozdziałem; duch Schliemanna sięgał coraz głębiej w przeszłość…”
Egipt! „W jego notatkach wybijała się cecha, która zawsze odgrywała pewną rolę w życiu Schliemanna: jego sny. Zapisywał je wszystkie,” pisała Sofia. Niestety, słynny biograf Emil Ludwig, który miał dostęp do dwudziestu tysięcy pozostawionych przez Schliemanna dokumentów, nie interesował się snami. Oczywiście, Schliemanna nie należy opisywać jako marzyciela. Tak samo jak szkicował piramidy i zawsze czytał Homera, tak samo chodził na targ i skrupulatnie zapisywał ceny.
Virchow, dla którego przyjaciel był czasem „Mój panie”, siedział zdumiony przy Schliemannie, wokół którego gromadzili się Egipcjanie.
„Patrzyli na niego jak na cud, kiedy pisał po arabsku, lecz największy triumf odniósł wieczorem, gdy recytował im fragmenty Koranu. Stało się to pod rozłożystą, liściastą kopułą jednego z tych wspaniałych drzew lebbek… Duża latarnia, przypominająca nasze stajenne lampy, nowoczesny wynalazek, stała na piasku, Nubijczycy przysiadywali wokół niej, tworząc szeroki krąg. Wewnątrz tego kręgu zostawiono wolne miejsce, gdzie wkrótce chrząszcze, zwinięte ciasno, spieszyły do znajomego światła, a ich czarne odnóża rysowały na piasku cudowne hieroglify… Wokół nie było żadnego innego dźwięku prócz łagodnego szmeru potężnej rzeki: a tam, pośród swoich ciemnoskórych towarzyszy, siedział człowiek z północy, skulony na drewnianej ławie, głosząc im słowa ich proroka. Jego głos, początkowo głęboki, stawał się coraz wyższy, aż w swoim ekstatycznym stylu wypowiedział ostatnie słowa – wtedy wszyscy skłonili głowy i dotknęli czołami ziemi…”
Wróciwszy do swego ateńskiego pałacu, z którego ścian złotymi literami błyszczało imię „Homer”, Schliemann kazał wykonać marmurową maskę Kleopatry i powiesił ją nad swoim biurkiem. Czy Egipt miał być jego następnym celem?
„Wciąż pozostaje wiele wielkich rzeczy do zrobienia” – pisał do swego młodego współpracownika Dörpfelda.
A do Virchowa niecierpliwił się: „Nasza następna wyprawa musi prowadzić na Wyspy Kanaryjskie! A może wolałbyś Meksyk?”
Między Wyspami Kanaryjskimi a Meksykiem, jak sądzono, istniał kiedyś kontynent, będący kolebką wszystkich wielkich cywilizacji; to stamtąd królewscy kapłani Egiptu mieli zaczerpnąć mądrość: Atlantyda!
Ale zanim on i Virchow zdążyli zobaczyć Wyspy Kanaryjskie i Meksyk, dusza Heinricha Schliemanna przekroczyła już próg tamtego świata.
20 października 1912 roku w gazecie „New York American” ukazał się artykuł „Jak odnalazłem zaginioną Atlantydę”, podpisany przez doktora Paula Schliemanna, który twierdził, że jest wnukiem odkrywcy Troi.
Według niego Heinrich Schliemann, na kilka dni przed śmiercią w Neapolu w 1890 roku, powierzył jednemu z przyjaciół zapieczętowaną kopertę z prośbą o bezpieczne przechowanie. Na kopercie widniała instrukcja: „Może być otwarta wyłącznie przez członka mojej rodziny, który uroczyście przysięgnie poświęcić życie badaniom tu opisanym.”
I jeszcze w szpitalu, godzinę przed śmiercią, Schliemann drżącą ręką dopisał: „Tajny dodatek do zapieczętowanego listu: rozbij wazę z głową sowy. Zwróć uwagę na zawartość. Łączę to z Atlantydą. Kop w bramie ruin świątyni w Sais i na stanowisku wykopaliskowym w dolinie Chacuna. To ważne. Znajdziesz dowody słuszności mojej teorii. Zbliża się noc. Żegnaj.”
W depozycie w jednym z francuskich banków Paul Schliemann odnalazł ten ostatni list; złożył przysięgę i zerwał pieczęć.
Pośród wielu dokumentów i fotografii – owoców wieloletnich badań – znajdował się następujący dokument:
„Doszedłem do wniosku, że Atlantyda była nie tylko wielkim terytorium między Ameryką a zachodnimi wybrzeżami Afryki i Europy, lecz także kolebką całej naszej cywilizacji. Na ten temat toczono już wystarczająco wiele debat wśród ekspertów… W załączonych materiałach znajdują się zapisy, notatki, opracowania i wszelkie dowody, które według mnie mają znaczenie…
W Banku Francji otwarto specjalny depozyt, który zostanie przekazany okazicielowi załączonego pokwitowania, a depozyt ten powinien wystarczyć na pokrycie kosztów tych badań. Niech Wszechmogący chroni to ważne dzieło.
Heinrich Schliemann.”
Wnuk przytoczył kilka wątków, które pozostawił Heinrich Schliemann:
„Gdy prowadziłem wykopaliska w ruinach Troi w Hissarlik w 1873 roku i odkryłem w drugiej warstwie słynny ‘skarb Priama’, znalazłem wśród tych skarbów brązową wazę o osobliwym wyglądzie. W jej wnętrzu znajdowały się fragmenty ceramiki, kilka niewielkich, obrobionych kawałków metalu, monety oraz przedmioty z skamieniałych kości. Na niektórych z tych przedmiotów oraz na brązowej wazie widniał napis w fenickich hieroglifach. Napis głosił: ‘Od króla Kronosa z Atlantydy’.”
W roku 1881 znalazłem w Luwrze kolekcję przedmiotów, które zostały wydobyte w Tiahuanaco w Ameryce Środkowej (?). Wśród nich odnalazłem fragmenty ceramiki o dokładnie takim samym kształcie i z tego samego materiału, a także przedmioty ze skamieniałych kości, będące niemal identycznymi kopiami tych, które znalazłem w brązowej wazie w skarbie Priama. Uzyskałem podobne egzemplarze z Tiahuanaco i poddałem je badaniom chemicznym i mineralogicznym. Analiza wykazała jednoznacznie, że obie wazy – nie tylko ta z Ameryki Środkowej, ale i ta z Troi – wykonane są z osobliwej gliny, której nie można znaleźć ani w dawnej Fenicji, ani w Ameryce Środkowej. Przeanalizowałem także metalowe przedmioty, a wyniki wykazały, że stop składał się z platyny, aluminium i miedzi – mieszanki, której nie odnaleziono w żadnych znanych starożytnych zabytkach świata. Tak więc przedmioty o całkowicie identycznym składzie i niewątpliwie wspólnym pochodzeniu zostały znalezione w dwóch krajach, oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Same przedmioty nie są ani dziełem Fenicjan, ani wytworem Ameryki Środkowej. Co z tego wynika? Że przybyły z tego samego miejsca do miejsc, gdzie je odkryto. Napis na moich przedmiotach podaje miejsce pochodzenia: Atlantyda!
To niezwykłe odkrycie spowodowało, że moi wykonawcy testamentu nie kontynuowali moich badań. W Muzeum w Petersburgu odnalazłem tak zwany Papirus. Pochodził on z czasów faraona Senta z Drugiej Dynastii, z roku 3766 przed Chrystusem. Zawierał opis, jak ten faraon wysłał ekspedycję „na zachód”, by odnaleźć ślady „krainy Atlantydy”, skąd 350 lat wcześniej przybyli przodkowie Egipcjan, jako kolonizatorzy i nosiciele całej wiedzy oraz cywilizacji starożytnej kultury Atlantydy.
Napis, który odkopałem na Lwiej Bramie w Mykenach, stwierdza, że Misor, od którego – jak głosi inskrypcja – pochodzą Egipcjanie, był synem egipskiego boga Thota, a także wywodził się z rodu emigrantów z Atlantydy. Zbudował pierwszą świątynię w Sais i tam nauczał wiedzy ze swojej ojczyzny. Ta inskrypcja jest niezwykle ważna i zachowałem ją w tajemnicy.
Tabliczka, którą znalazłem podczas wykopalisk w Troi, zawierała medyczny traktat egipskich kapłanów – przez wiele stuleci istniały związki między Kretą a Egiptem – na temat usuwania tasiemców i nowotworów jelit metodą chirurgiczną. Znalazłem bardzo podobne zapisy w hiszpańskich manuskryptach w Berlinie, których pochodzenie przypisywano azteckiemu kapłanowi w Meksyku.
Takie rzeczy nie są przypadkiem. Jedynym możliwym wyjaśnieniem jest to, co głosi legenda: że kiedyś istniał wielki kontynent, który łączył to, co dziś nazywamy Nowym Światem, z tym, co znane jest jako Stary Świat. To była Atlantyda. I z Atlantydy powstały Egipt i Ameryka Środkowa.”
Takie właśnie fragmenty – według relacji jego wnuka, dra Paula Schliemanna, w „New York American” z 20 października 1912 roku – miały pochodzić z tajnego raportu Heinricha Schliemanna.
Dr Paul Schliemann, według własnego oświadczenia w tym samym artykule, przez sześć lat prowadził badania i wykopaliska, realizując idee swojego dziadka. Uważał, że zebrał wszystkie dowody i przytaczał szczegóły jedynie jako przykłady, zapowiadając publikację książki na ten temat.
Artykuł w „New York American” został zaatakowany przez „Frankischen Kurier” i określony jako „typowy przykład amerykańskiej miłości do sensacji”. W ten sposób sprawa odżyła na nowo. Eugen Georg w swojej książce „Verschollene Kulturen” (Lipsk, 1930) mógł tylko ze zdumieniem stwierdzić, że „od tamtej pory aż do dziś cała prasa milczy na ten temat”.
Aleksander Bessmertny, który dwa lata później opublikował artykuł z „New York American” w swojej książce „Atlantis Rätsel” (Lipsk, 1932), donosił, że napisał do wieloletniego współpracownika Schliemanna, profesora Dörpfelda, i otrzymał odpowiedź: „Rzeczywiście, Schliemann czasem poruszał problem Atlantydy i uważam za prawdopodobne, że zbierał na ten temat notatki.”
Autor tego artykułu zasięgnął też informacji w domu Schliemanna w Atenach. Tam potwierdzono jedynie, że istniał dr Paul Schliemann; był wnukiem Schliemanna z jego pierwszego, rosyjskiego małżeństwa.
Książka zapowiadana przez wnuka Schliemanna nigdy się nie ukazała.
On sam zniknął bez śladu.
Nie znaleziono nikogo, kto mógłby dowieść, czy waza z głową sowy była oszustwem.
Czy znajdzie się człowiek, którego zainspiruje potężny geniusz Schliemanna i który – używając słów Gladstone’a – „postawi przed oczami tego wieku lub naszego przykłady czystego, oddanego i inteligentnego entuzjazmu”?
Bez względu na to, czy ta odpowiedź kiedykolwiek padnie, czy dokumenty zostaną spalone, czy ludzie znikną, płomień bogów, rozpalony w ludzkiej duszy, nie może zostać ugaszony żadną mocą na świecie. Będzie łaknął ciała, które stanie się jego narzędziem i przez wieki znów znajdzie scenę dla swoich czynów.
źródło: Heinrich Schliemann; The Modern Mystic – April 1938.