Zgodnie z sugestią jednego z czytelników (E. St., Zurych), poprosiliśmy znanego i zasłużonego niemieckiego parapsychologa dr. R. Tischnera o dokonanie rzetelnej oceny dorobku Friedricha Zöllnera.
Po dyskusji między Carlem Grafem von Klinckowstroemem a dr Gerdą Walther, opublikowanej w zeszytach 4 i 5, uznaliśmy, że uwagi autora dotyczące medium Slade mają charakter rozstrzygający.
Jedna z najsłynniejszych serii eksperymentów, jakie kiedykolwiek przeprowadzono w dziedzinie zjawisk parapsychicznych, to ta, którą wybitny astrofizyk Friedrich Zöllner z Lipska (1834–1882) wykonał z amerykańskim medium Henrym Slade’em (1836–1905).
Zöllner miał niestety złą prasę, czemu przyczyniło się kilka okoliczności.
Po pierwsze, jego doniesienia zbyt mocno przeczyły uznanym poglądom naukowym, przez co opisywane zjawiska wydawały się niemożliwe w ramach obowiązującego paradygmatu nauki.
Również prasa codzienna odniosła się do nich zdecydowanie negatywnie — zwłaszcza ta liberalna, dominująca wówczas w opinii publicznej, gdyż jego odkrycia nie harmonizowały z oświeceniowym światopoglądem.
Ponadto Zöllner wielokrotnie wypowiadał się w duchu antysemickim, a także zyskał sobie wielu potężnych wrogów poprzez swoje ostre ataki na nepotyzm panujący na uniwersytetach.
Na jego niekorzyść działał również sposób publikacji jego badań — zamieszczał je bowiem rozproszone jako wtrącenia w innych pracach naukowych, które co prawda pozostawały w pewnym logicznym związku z głównym tematem (np. rozważania fizykalno-astronomiczne dotyczące teorii przestrzeni), ale utrudniały odbiór całościowy.
Wkrótce więc oskarżono go o łatwowierność i brak krytycyzmu, twierdząc, że padł ofiarą oszustwa.
Ponieważ dodatkowo opowiedział się za spirytualizmem, przestano go w ogóle traktować poważnie — uznano go za chorego umysłowo, a jego badania skazano na potępienie w całości, bez podejmowania rzetelnej analizy szczegółów.
Nie moim celem jest tutaj szczegółowe omawianie całego bogactwa opisanych zjawisk.
Pragnę raczej zbadać ogólną postawę Zöllnera wobec eksperymentów, aby ustalić, czy zarzut o łatwowierność i brak krytycyzmu był uzasadniony.
(Wskazane numery stron odnoszą się do wydanej przeze mnie pracy „Czwarty wymiar i okultyzm”, Lipsk 1922, zawierającej pełny przedruk wszystkich badań Zöllnera w tym zakresie.)
Uwagi teoretyczno-metodologiczne
Zanim przejdziemy do samej oceny, konieczne jest kilka ogólnych uwag teoretycznych i metodologicznych, które pozwolą właściwie ustawić perspektywę wobec tego typu badań.
Nauki przyrodnicze dążą do tego, by ujmować obserwowane zjawiska w reguły i prawa ogólne.
Na przykład — przypadek spadania jakiegoś ciała zostaje połączony z innymi podobnymi przypadkami pod wspólnym prawem — prawem spadania ciał.
Wraz z takim podporządkowaniem jednostkowego zdarzenia pod pojęcie ogólne, czyli prawo, konkretny przypadek przestaje być istotny — nie interesuje nas dalej.
A więc nauka przyrodnicza postępuje w sposób nomotetyczny (gr. nomos – prawo), to znaczy ustalając prawa i uogólnienia.
Zupełnie inaczej jest w naukach historycznych i humanistycznych.
Tutaj właśnie pojedyncze fakty są przedmiotem badania — np. działania konkretnego męża stanu, obrady polityczne, dramat, symfonia, obraz.
Tu jednostkowość stanowi wartość samą w sobie, a więc mamy do czynienia z metodą idiograficzną (czyli szczegółowo opisową).
Metodyka badań parapsychicznych
W badaniach parapsychicznych często nie sposób — jak w fizyce czy chemii — dowolnie powtórzyć tego samego eksperymentu w identycznych warunkach.
Każde doświadczenie nie jest tu „przypadkiem z serii”, lecz jednostkowym zdarzeniem, które należy analizować indywidualnie, ponieważ — zwłaszcza ze względu na odmienny stan psychiczny badanych osób — żaden przypadek nie jest identyczny z drugim.
Zadaniem badacza jest więc staranna analiza wszystkich okoliczności i całokształtu sytuacji, by ustalić rzeczywistą wartość pojedynczego eksperymentu.
Każdy eksperyment tego typu stanowi zatem „wydarzenie historyczne”, które należy badać metodą idiograficzną.
Podobnie postępuje sędzia analizujący czyny złodzieja — z idiograficznego punktu widzenia.
Nie ogranicza się on do prostego podciągnięcia czynu pod pojęcie „kradzieży”, jak czyniłby to przyrodnik wobec praw natury, lecz rozbiera każdy przypadek osobno:
czy chodzi o kradzież z głodu, czy o włamanie z włamaniem, czy działał sam, czy miał wspólników, czy w ogóle on jest sprawcą.
Ten przykład jasno pokazuje, że nomotetyczne, uogólniające myślenie nie wystarcza w badaniach tego rodzaju.
Podobnie — jak zobaczymy — jest w parapsychologii: tylko postępowanie idiograficzne pozwala właściwie ocenić zjawiska.
Tzw. „pisma tablicowe”
Zacznijmy od tzw. „pism tablicowych” (niem. Tafelschriften), nazywanych również „psychograficznymi” lub „pisaniem bezpośrednim”.
Najczęściej przebiegały one w ten sposób, że osoba badana (Vp., Versuchsperson) brała tabliczkę łupkową, kładła na niej mały rysik i trzymała ją pod stołem, tak że była niewidoczna.
Wówczas na tabliczce miało się pojawiać pismo.
Czasem próby te prowadzono inaczej — kładąc tabliczkę na stole, lecz był to rzadszy wariant.
Przechodząc teraz do samych eksperymentów Zöllnera, należy podkreślić, że od samego początku unikał on popełniania błędów metodologicznych, które mogłyby podważyć wiarygodność wyników.
Nie pozwalał więc osobie badanej (Vp. – Versuchsperson), czyli Slade’owi, używać jego własnych tabliczek łupkowych, które mogłyby być już wcześniej opisane lub spreparowane.
Nie był więc ani „naiwny”, ani „bezmyślny”, jak mu to zarzucano. Kupował tablice samodzielnie, trzymał je pod swoją opieką i oznaczał je specjalnym znakiem, by zapobiec ewentualnym pomyłkom lub podmianom.
Najchętniej używał tablic podwójnych, między które wkładał mały kawałek łupku, a następnie starannie je wiązał, sklejał lub lakował i pieczętował.
Warto zaznaczyć, że wszystkie eksperymenty ze Slade’em odbywały się przy świetle — najczęściej dziennym, czasem gazowym lub świecowym.
Tylko podczas jednej sesji — z konkretnego powodu — światło zostało zgaszone.
Aby uniknąć możliwości oszustwa, polegającego na tajnym zapisywaniu czegoś przez Slade’a, Zöllner żądał, by określone słowa pojawiły się na tablicy dopiero po przekazaniu jej medium, co też następowało natychmiast.
Tabliczki te stały się również punktem odniesienia dla zwolenników „hipotezy oszustwa”, próbujących zdyskredytować całe badania.
Na początku jednej z sesji para szczelnie związanych tabliczek została położona na rogu stołu, w odległości ponad 60 cm od rąk Slade’a.
Obecni byli również słynny fizyk Wilhelm Weber oraz matematyk Scheibner.
Zöllner relacjonuje:
„Podczas gdy Wilhelm Weber, Scheibner, Slade i ja siedzieliśmy przy stole, zajęci eksperymentami magnetycznymi, przy czym nasze sześć rąk spoczywało na stole, a ręce Slade’a znajdowały się ponad dwie stopy od tabliczki, nagle między nienaruszonymi tablicami rozległo się głośne skrobanie.
Gdy tablice rozdzieliliśmy, ujrzeliśmy w dziewięciu linijkach następujące słowa: […]”
Reakcja krytyków
Znany berliński sceptyk Richard Baerwald skomentował ten opis z ironią w swojej książce „Okkultismus, Spiritismus und unbewusste Seelenzustände” (Lipsk–Berlin, 1920):
„Rzeczywiście wzorcowo przeprowadzony eksperyment – o ile zamiast pilnie obserwować medium, zajmuje się innymi czynnościami.”
Z uwagi na tę uwagę można by odnieść wrażenie, jakoby badacze odwrócili się od Slade’a i pozostawili go samemu sobie, dając mu tym samym możliwość manipulacji przy tabliczkach.
W rzeczywistości jednak byłoby to bardzo trudne, gdyż tablica była ściśle związana, zapieczętowana i zabezpieczona, a jej otwarcie, zapisanie i ponowne związanie bez śladu wymagałoby niemożliwej precyzji.
Rzeczywisty przebieg eksperymentu
„Eksperymenty magnetyczne”, o których wspomina Zöllner, polegały na tym, że Slade miał próbować wpływać na igłę kompasu, stojącą przed nim — tak jak w wielu innych próbach (s. 38).
Podczas tego doświadczenia, niespodziewanie, nastąpiło pisanie wewnątrz podwójnej tabliczki, co Zöllner tłumaczył działaniem nieświadomości Slade’a.
Ręce medium przez cały czas znajdowały się pod doskonałą obserwacją, stanowiąc obiekt uwagi sześciu oczu.
Baerwald, poprzez swój skrótowy i uproszczony opis, stworzył więc całkowicie fałszywy obraz sytuacji.
Baerwald kontynuował:
„Ale Slade prawdopodobnie nie potrzebował tej nieuwagi swoich strażników, bowiem zaufanie Zöllnera do przyjaciela Slade’a poszło tak daleko, że spokojnie zostawiał mu przed eksperymentem związane tablice.”
Faktycznie, Zöllner raz pozostawił w pokoju Slade’a tabliczkę, starannie oklejoną paskami papieru, czterokrotnie opieczętowaną obcą pieczęcią.
Uzasadniał to przekonaniem, że tak zabezpieczona tablica nie mogłaby zostać nieuczciwie otwarta.
Nawet jeśli uznać to za błąd metodologiczny, nie usprawiedliwia on jednak ogólnych uogólnień Baerwalda, który dopuścił się rażącego zniekształcenia faktów.
Tym bardziej, że najprawdopodobniej sam nigdy nie miał w rękach dzieł Zöllnera, lecz czerpał informacje z drugiej ręki – głównie z negatywnie nastawionej pracy Lehmanna „Aberglaube und Zauberei” (Stuttgart, 2. wyd. 1903) oraz z nienaukowej książki iluzjonisty C. Willmanna „Moderne Wunder” (Lipsk, 1892), do której Baerwald często się odwołuje (s. 91).
Zgodnie z relacją Willmanna, Baerwald pisał dalej, że Willmann miał w rękach jedną z podwójnych tablic Zöllnera:
„Tablica była pozornie zamknięta pieczęciami noszącymi odciski Zöllnera i dr. Wachsa, ale pieczęcie te zostały tak umiejętnie przetarte cienkim drutem, że tablicę można było otworzyć, nie naruszając pozornie lakowych odcisków.”
Rzeczywisty los tej tabliczki
Przypadek tej tablicy jest dobrze znany dzięki samemu Zöllnerowi.
Była to ta sama tablica, którą pozostawił w pokoju Slade’a, a która następnego dnia, po dodaniu przez Zöllnera dwóch dodatkowych pieczęci, została otwarta w obecności chirurga Thierscha, Slade’a, O. von Hoffmanna oraz znanego kryminalisty Wachsa — osobiście przez Zöllnera.
Nawet pomijając osobę Zöllnera, trudno przypuszczać, by dwaj sceptycy — Thiersch i Wach — nie przyjrzeli się wcześniej tablicy z najwyższą ostrożnością.
Dlatego hipoteza Willmanna, jakoby Slade otworzył tablicę, jest bezpodstawna.
O tablicach Zöllnera – relacja osobista autora
Nie bez znaczenia jest kilka słów o samych tablicach Zöllnera.
Byłem w posiadaniu około dwunastu z jego oryginalnych tabliczek, które przez dziesięciolecia należały do słynnego monachijskiego malarza Gabriela Maxa i jego spadkobierców.
Z kolei nabył je znany badacz zachowań zwierząt Karl Krall, a po jego śmierci trafiły one do mnie.
Niestety, w lipcu 1944 roku tablice te uległy zniszczeniu podczas nalotu bombowego na mój dom.
Były to częściowo opisane, a częściowo czyste tablice podwójne, bardzo starannie i niemal fachowo zabezpieczone — oklejone długimi, opisanymi paskami papieru i wielokrotnie opieczętowane.
Otwarcie ich bez śladu i ponowne zapieczętowanie po nieuczciwej manipulacji byłoby praktycznie niemożliwe, zwłaszcza w obecności badaczy.
Nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że Zöllner często lub systematycznie przekazywał te tablice Slade’owi do swobodnego użytku.
W rzeczywistości Zöllner chciał w ten sposób dać wszystkim obecnym uczonym całkowitą pewność, że medium nie mogło ich otworzyć podczas seansu.
Wydaje się też pewne, że Zöllner działał nie tylko sumiennie na etapie przygotowań, lecz również z najwyższą odpowiedzialnością w trakcie samych sesji.
Zabezpieczenie przed sugestią i halucynacją
Że istotnie dbał o wyeliminowanie możliwości autosugestii lub halucynacji, świadczy następujący przypadek:
Podczas sesji dziennej 8 maja 1878 roku, między godziną 11 a 12 w południe, w której uczestniczył również jego przyjaciel O. von Hoffmann, Zöllner relacjonuje, że po uzyskaniu kilku zapisów na tabliczkach, gdy wszyscy trzej mieli ręce położone na środku stołu, na krawędzi blatu w trzech miejscach uniósł się dym spod spodu stołu, o zapachu siarki i kwasu azotowego.
Zaglądnięto pod stół, lecz poza dymem niczego nie stwierdzono.
Kiedy wrócili na swoje miejsca, zjawisko powtórzyło się z jeszcze większą intensywnością.
Wówczas postawiono pod stołem świecę, dokładnie pod najdalszym od Slade’a brzegiem stołu, by sprawdzić, czy zostanie zapalona.
Po kilku minutach dym uniósł się niemal ze wszystkich stron stołu, a w tym samym momencie płonąca świeca zaczęła unosić się ku górze ponad krawędź, po chwili opadła i stanęła dokładnie pośrodku pod stołem.
Zöllner dodaje dosłownie (s. 105):
„Aby wykluczyć zarzut chwilowej halucynacji, wziąłem arkusz papieru do pisania, przytrzymałem go tuż nad płonącą świecą i w ten sposób wypaliłem w nim otwór.
Następnie wziąłem laskę laku pieczęciowego, stopiłem nieco i pozwoliłem, by kropla spadła na papier, po czym przycisnąłem moje osobiste pieczęcie.
Ten pół arkusza papieru, z wypalonym otworem i moją pieczęcią, znajduje się do dziś w moim posiadaniu – w stanie nienaruszonym.”
W podobnym kierunku zmierza kilka innych uwag, jak choćby przy „nieskończonym sznurze”, gdzie Zöllner podkreśla:
„Podczas przeprowadzania eksperymentów równocześnie miałem na względzie wspomniane wyżej kryterium odróżnienia między subiektywnym fantazmatem a obiektycznym faktem…” (s. 35)
Szczegółowe relacjonowanie dalszych prób prowadziłoby zbyt daleko. Cel niniejszej pracy zostaje osiągnięty, jeśli pokazuje ona, że Zöllner pracował starannie, był w pełni świadom źródeł błędów w rodzaju oszustwa i halucynacji oraz dążył do ich wyeliminowania.
Najlepszym sprzymierzeńcem miał światło dzienne, które niejako automatycznie usuwa wiele zarzutów podnoszonych przeciwko seansom w ciemności.
Wielokrotnie poczytywano Zöllnerowi za winę, że wypowiadał się o tych zjawiskach w duchu spirytystycznym, uznając to samo w sobie za brak krytycyzmu, a nawet rodzaj niedorozwoju umysłowego.
Jednakże znając kontekst lat 1850–1890, oceniamy taką postawę inaczej. Wówczas zjawiska nieświadomości, jak rozszczepienie osobowości czy automatyzmy, były mało znane, a o ile w ogóle znane — niezrozumiane. Dlatego dla badaczy, którzy mieli dość bezstronności, by się w ogóle tym obszarem zająć i zastanawiać nad przyczynami, było dość naturalne, wręcz trudne do uniknięcia, by komunikaty i zjawiska fizyczne przyjmować za to, za co się podawały: za oddziaływania duchów.
Najwybitniejsi uczeni zajmujący się tym — jak Wallace (obok Darwina współtwórca teorii doboru), Crookes (wybitny fizyk i chemik), duchotwórczy Fechner (twórca psychofizyki), a także młodszy Fichte (niemałej miary filozof) — czynili podobnie.
Zöllner znajdował się zatem w najlepszym możliwym towarzystwie uczonych.
Szkoda, że większość ówczesnych filozofów nie miała odwagi, bezstronności i przenikliwości, aby zobaczyć leżące tu problemy i zmierzyć się z nimi.
Nie sposób więc czynić z wyznania spirytystycznego tym badaczom zarzutu. Dodajmy, że prawie żaden z nich nie twierdził, iż chodzi naprawdę o konkretne „dusze” sław przeszłości czy zmarłych krewnych; najczęściej mówiono ogólnie o „przyjaciołach z zaświatów”.
Z czasem próbowano zdezawuować badania Zöllnera, ogłaszając go chorym umysłowo.
Prawdą jest, że jego polemika bywała ostra i przemawiała przez nią silna egzaltacja; jednak przyjaciele podkreślali, że w kontakcie osobistym, nawet w ostatnim okresie przed śmiercią — zmarł na udar — nie dostrzegano u niego wzmożonego rozdrażnienia, a o chorobie psychicznej mowy być nie może.
Najwyraźniej dopiero podczas spisywania myśli rozpalał się przeciw oponentom, podobnie jak — jak pisze Driesch w swoich Wspomnieniach z życia (Monachium–Bazylea, 1951) o Haecklu —
„Tylko przy biurku, zdaje się, temperament brał nad nim górę.”
Jeśli raz jeszcze ogarniemy całość wywodu i przyjrzymy się także innym eksperymentom w szczegółach, dochodzimy do przekonania, że przynajmniej znaczną część prób należy uznać za autentyczne, zwłaszcza te najczęściej pomijane, które dowodzą zdolności pozazmysłowego poznania (telepatii i jasnowidzenia).
Po dojrzałym namyśle nie jestem w stanie — wbrew niektórym sceptykom — wszystkiego sprowadzić do oszustwa.
Zöllner, jego przyjaciele i koledzy musieliby być idiotami, gdyby w setkach zdarzeń jednostkowych ani razu nie zdołali wykryć oszustwa.
Nie znam ani jednego przeciwnika, który zadałby sobie trud uwzględnienia szczegółów danej sytuacji.
W pochopnym uogólnieniu stwierdza się po prostu: „Slade jest oszustem”, opierając się głównie na kilku iluzjonistach, którzy wypowiadali się negatywnie o Slade’ie.
Wymienię obok Truesdella i Remigiusa Weissa także tych, którzy w Slade’ie widzieli za życia uciążliwego konkurenta, a zwłaszcza amerykańskiego iluzjonistę Houdiniego, mistrza reklamy, który również się wypowiadał.
Ponieważ jednak — jak wykazały moje osobiste zapytania w Anglii — cieszy się on tam jak najgorszą opinią, a jako autora w ogóle nie traktuje się go poważnie, odpada on jako wiarygodne źródło.
Dodam jeszcze, że pewien uczony stwierdził o Houdinim, iż żaden poważny badacz nie wejdzie w skład komisji badawczej, w której Houdini by zasiadał.
Nawet jednak ci, którzy przypisują wagę negatywnym opiniom przeciwników i wrogów, powinni dla równowagi wysłuchać badacza, który z pewnością zasługuje na większe zaufanie niż iluzjonista.
Mam na myśli parapsychologa Gibiera, francuskiego lekarza, który kierował Instytutem Pasteura w Nowym Jorku i wielokrotnie zajmował się badaniami parapsychologicznymi (por. jego pracę: Le Spiritisme (Fakirisme Occidental), Paryż 1887, 4. wyd. 1904).
Gibier odbył ze Slade’em 33 sesje — niemal wszystkie przy dobrym świetle — podczas których, oprócz licznych telekinez, uzyskał ponad sto pism tablicowych w najrozmaitszych warunkach, a zwykle obecnych było jeszcze 2–4 świadków.
Eksperymenty miały miejsce w 1886 r., po tym jak Slade w latach poprzednich przeszedł dwa udary, których następstwa były wciąż widoczne.
Prawej nogi nieco „dociągał”, a prawa ręka — jak podaje Gibier — była dość niezgrabna; gdyby Slade chciał oszukiwać, zauważono by to natychmiast.
Brano dwie dokładnie oczyszczone tablice, wkładano mały kawałek łupku między nie, po czym siadano na nich.
Ręce Slade’a i pozostałych leżały na stole, a pismo powstawało, choć Slade w ogóle tablic nie dotykał.
Eksperyment ten udał się zarówno Gibierowi, jak i jego przyjacielowi.
Słyszano przy tym odgłos pisania, podczas gdy osoba siedziała na tablicach.
Jak u Zöllnera, Slade u Gibiera często wpadał w stan transowy; że był on niewątpliwie autentyczny, pokazuje następujące zdarzenie:
Slade miał na głowie mały torbiel/krwiak (hématoïde/Blutbeutel), który Gibier miał usunąć.
Ponieważ Slade się bał, Gibier zamiast noża użył past y żrącej, również bardzo bolesnej.
Wówczas poradził Slade’owi, by zwrócił się do swego „ducha opiekuńczego” — Slade wpadł w trans i nie odczuwał żadnego bólu, rozmawiając przy tym wesoło z Gibierem.
— Iluzjonista, który z własnej woli potrafiłby wejść w trans, łatwo popadłby w bardzo kłopotliwe sytuacje!
Słynny iluzjonista z Théâtre Robert-Houdin, Jacques (Jacob), poświadczał autentyczność zjawisk.
Trudno nie uznać, że te skrupulatne badania ważą znacznie więcej niż opinie kilku iluzjonistów, przy których ma się wrażenie, że także jako autorzy chętnie robią „woltę”.
Gibier, rzecz jasna, znał podejrzenia wobec Slade’a, dlatego przystąpił do badań z nieufnością.
Jego relacje opierają się na notatkach sporządzanych podczas sesji (por. moją pracę „Badania Gibiera nad Slade’em”, Zeitschrift für Parapsychologie, 1928, nr 3, oraz „Houdini i mediumizm”, Psych. Studien, 1925, nr 9).
Nie twierdzę przez to, że Slade nigdy — gdy nie mógł liczyć na swoje zdolności — nie oferował „substytutu”.
Gibier donosi, że dwie sesje były całkowicie bezowocne, a połowa przyniosła bardzo niewiele zjawisk.
Właśnie w naszej dziedzinie prawda rzadko bywa dobrze oddana przez „albo–albo”; często dopiero „zarówno–jak i” najlepiej odpowiada faktom.
źródło: FRIEDRICH ZÖLLNERS VERSUCHE MIT DEM MEDIUM SLADE von dr R. Tischner; Zeitschrift fur kritischen Okkultismus – Aprilheft 1951 Nr. 7 Jahrgang 1950/51.